Polska. Krosno i okolice. Koniki pompują ropę

Nie w Pensylwanii, nie w Baku, ale właśnie w Bóbrce powstała pierwsza na świecie kopalnia ropy
Krosno to moja prywatna brama do Galicji. Pamiętam ulice błyszczące odbitym światłem witryn, cienie hełmów na wieżach i stukot kół po bruku. Jechałem na pewno w Bieszczady i miałem kilka lat - tyle ma teraz mój syn Stefan, który gania gołębie wokół fontanny. Prostokątny rynek ma zadbane podcienia, w nich kawiarnie i sklepiki. Piętrowe elewacje zasłaniają, niestety, bannery. Po wschodniej stronie studnia i dwie akacje, po zachodniej - wykopy z odkrytymi fragmentami piwnic ukrytych pod całym placem.

Krosno

- Krosno zawsze konkurowało z Sanokiem i Jasłem - mówi pan Marcin, menedżer hotelu Krosno-Nafta (www.nafta.pl ), na którego zaproszenie przyjechałem. - W latach 70. zostało stolicą województwa, dlatego dziś ma prawie 50 tys. mieszkańców, a tamte niecałe 40.

- A jak się żyje? - W hucie szkła, największej w Polsce, która przez cały PRL eksportowała wyroby nawet do Australii i Japonii, było teraz dużo zwolnień. Ale i tak mamy bardzo małe bezrobocie.

Pan Marcin będzie naszym przewodnikiem przez najbliższe dni. Na początek obchodzimy najciekawsze kościoły. W położonej na skarpie gotyckiej farze XVII-wieczny wystrój projektowali włoscy mistrzowie: Tomasso Dolabelli ołtarz główny, a Vincenzo Petroni dwukopułowe mauzoleum rodziny Portiusów, patrycjuszy krośnieńskich szkockiego pochodzenia. Po drugiej stronie rynku świątynia z tego samego okresu i schowany za murem klasztor Franciszkanów. O zachodzie słońca najpiękniej prezentuje się zaś barokowa fasada kościoła Kapucynów z jasnego kamienia. W środku warto obejrzeć iluzjonistyczne polichromie z początku XIX w.

Ale pan Marcin nieopatrznie zdradza nam adres swojej ulubionej lodziarni (www.cukierniajagusia.pl), więc zamiast zwiedzać dalej, idziemy na lody, a później do parku linowego (www.park-linoskoczek.pl ) z pięcioma trasami o różnym stopniu trudności. Stefan ze swoimi 120 cm wzrostu ledwo dostaje zgodę na wejście. Zapał mu stygnie na mostku kołyszącym się wysoko między koronami sosen, który musi pokonywać długimi susami. Ale wkrótce już śmiga na podwieszanych deskorolkach i innych wymyślnych przeszkodach, cały czas w alpinistycznej uprzęży, dwa kroki przede mną.

Krosno. Ruiny Kamieńca

Nazajutrz jedziemy do ciemnego, bukowego lasu. Stefan przeskakuje korzenie na stromej ścieżce, trzymając mnie za rękę. Przekraczamy strumień i nagle wyłania się zamek. Ruiny Kamieńca wznoszą się na skale ponad koronami drzew. W pełnym świetle dnia widać beżowe, miejscami zrudziałe mury o ślepych oknach, u szczytu porośnięte chwastami. Andrzej Kołder, dzierżawca zamczyska, opowiada nam o swoich inwestycjach: małym muzeum (militaria, naczynia, herb z drzwi zamkowych), restaurowaniu kaplicy, o próbach uratowania każdego kamienia.

Bez końca mógłby opowiadać o historii tego miejsca. Obronna budowla stała tu już na pewno w XIV w. W gotyckim zamku mieszkał wtedy rycerz Klemens z Moskorzewa vel Kamieniecki. Jego potomek w 1530 r. sprzedał połowę posiadłości Sewerynowi Bonerowi, bankierowi Bony Sforzy. Po nim majątek odziedziczył zięć, marszałek wielki koronny Jan Firlej. Drugą połową zamku władali w tym czasie Skotniccy. Rodziny pokłóciły się najpierw o dostęp do studni, potem o wycinkę drzew. Jan Skotnicki tak przebudował swoją część dachu, że wody deszczowe spływały na dziedziniec sąsiada. Piotr Firlej miał z kolei napaść na robotników i zniszczyć rynny. Kres długoletnim zatargom położył dopiero ślub wojewodzica Mikołaja Firleja z kasztelanką Zofią Skotnicką w 1638 r.

- Mur naprawia, mur graniczny, trzech mularzy! On rozkazał! On się waży!... Mur graniczny!... Trzech na murze! Trzech wybiję, a mur zburzę, zburzę, zniszczę aż do ziemi! - miał krzyczeć Firlej. Tak przynajmniej widział to Aleksander Fredro, który przez związek z Zofią Jabłonowską w 1828 r. stał się spadkobiercą zamku. Podobno w zapomnianej szafie znalazł akta sądowe starego sporu. Wystarczy odpowiednio podstawić Cześnika, Rejenta, Wacława oraz Klarę i... "Zemsta" gotowa.

Bóbrka, stolica polskiego Teksasu

Krosno, a właściwie położona nieopodal Bóbrka, to stolica polskiego Teksasu. Pola ropy w Babilonie opisywał Herodot, jej wykorzystywanie w lecznictwie odnotował też Marco Polo podczas wizyty w Baku. Od niepamiętnych czasów także w bobrzeckich lasach pojawiały się wycieki czarnej mazi. Zamieszkały w okolicy filozof, rolnik i górnik Tytus Trzecieski ropą zbieraną szmatami przez tzw. dziegciarzy leczył owce. Szukając jej nowych zastosowań, udał się do Lwowa. Tam trafił do apteki Pod Złotą Gwiazdą, gdzie nieco wcześniej nad destylacją nafty pracował farmaceuta i działacz niepodległościowy Ignacy Łukasiewicz. Panowie spotkali się w końcu w Gorlicach i w 1854 r. założyli spółkę zajmującą się wydobyciem czarnego złota. Łukasiewicz został dyrektorem, Trzecieski wniósł kapitał. Wkrótce dołączył Karol Klobassa, właściciel bobrzeckich lasów. Nie w Pensylwanii, nie w Baku, ale właśnie w Bóbrce powstała pierwsza na świecie kopalnia ropy.

- Na początku były kopanki - tłumaczy przewodnik. - Drążono łopatami i kilofami, osunięcia zabezpieczano deskami. Najgłębsza miała 150 m!

Zaglądamy do kwadratowego (1,2 x 1,2 m) otworu, w głębi bulgoce ropa. - To gaz. Wydobywają się zwykle razem, a ich nagły przypływ często zabijał kopacza.

Dopiero po kilku latach pojawiły się wolnospadowe świdry udarowe. Urobek zaczęto wydobywać za pomocą łyżki czerpaka, robotnicy nie musieli już spuszczać się na dno z wiadrami.

Stoimy pod drewnianą wieżą skrywającą olbrzymie koło. Czterech robotników podciągało nim wiertło i opuszczało z powrotem do otworu. Polscy inżynierowie podpatrywali amerykańskie metody, a potem je doskonalili. Maszyny parowe pojawiły się w 1872 r., później kiwony.

- Nazywaliśmy je konikami - przypomina sobie pan Marcin. - Pamiętam, że biegając po lesie, musieliśmy uważać na rozciągnięte przy ziemi liny, które przenosiły napęd między nimi.

Oglądamy powojenne szyby wiertnicze i zwiedzamy ciekawe muzeum gazownictwa, w którym dowiedziałem się, że gazu nie składuje się, jak sądziłem, w wielkich zbiornikach, lecz wpompowuje z powrotem w podziemne skały, gdzie gromadzi się w mikroszczelinach.

Sanok

Do Sanoka docieramy ruchliwą drogą przez wzgórza. Miasteczko cieszy oczy wyremontowanym rynkiem z eklektycznym, różowym ratuszem z końca XVIII w. i widokiem na dolinę Sanu. Mniej podobają mi się asymetryczne okna odbudowywanego skrzydła zamku. Mamy tylko chwilę, by zatrzymać się w mieście, gdzie Jagiełło pojął za swą trzecią żonę Elżbietę Granowską, potrójną wdowę po tenutariuszu kruszwickim Wiśle Czamborze, morawskim rycerzu Janie z Jieina i kasztelanie nakielskim Wincentym Granowskim (w kolejności małżeństw).

W czasie gdy na dworze działy się rzeczy ważne, Bojkowie i Łemkowie żyli spokojnie na zalesionych wzniesieniach, a Dolinianie i Pogórzanie nad rzekami. Ich domy można zobaczyć w skansenie po drugiej stronie Sanu (www.skansen.sanok.pl). Przejście całego terenu zajmuje nam ponad dwie godziny. Ścieżki prowadzą do dwustuletnich cerkwi i dymnych chat, w których kury spały w kanałach pod piecem, a bydło za ścianą osłaniało od zimna. Przed jednym z takich bielonych w pasy długich domostw Stefan odkrywa łoskot mechanicznej kołatki do odstraszania wilków. Dalej wąwóz, a na jego końcu... pola ze sterczącymi szybami naftowymi. Bliżej jasne, malowane w kwiaty wnętrza domów, bogate obejście księdza i szkoła z mapą Europy narysowaną przez nauczyciela.

Galicyjskie miasteczko to jeszcze inny świat. - Tę część skansenu otwarto dopiero we wrześniu. Bale ciosane siekierą, wszystko tradycyjnymi metodami - tłumaczy pan Marcin.

Brukowany równoboczny rynek, pośrodku studnia, z każdej strony pierzeja domów z szyldami: "Fryzjer", "Stolarz", "Pracownia obówia Jana Szudego". W narożniku dom żydowski, jeden z nielicznych tu autentyków, z dachem nad werandą rozsuwanym podczas Święta Szałasów za pomocą drewnianego kołowrotu.

Na pożegnanie Stefan przybija piękną pieczęć na swoim egzemplarzu albumu o skansenie i dumny z ciężkiej pracy zasypia. Obudzi się hen, daleko, w połowie drogi do Warszawy.

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej