Włochy - podróże życia

Serce zostało... we Włoszech. I co roku zakochuje się w innym miejscu, zachowując w dziwny sposób i poprzednioroczną miłość - mówią Barbara i Piotr Adamczewscy, dziennikarze, autorzy 45 książek kulinarnych.
Gdy tylko pokocha Castrocucco i Marateę w Basilicacie, zaraz bieży gdzie indziej i pogrąża się w nowej miłości - do Abruzji. Potem pędzi na Sycylię i za jakiś czas łka z tęsknoty za Giardini Naxos, by z kolei w tym roku zakochać się w Barbaresco - miejscowości i jednym z najsłynniejszych win Piemontu.

Nasze serca - bo zawsze jeździmy we dwoje - muszą mieć silną kondycję, ponieważ mają za zadanie znoszenie wielkich namiętności, które wywołuje ciągła włóczęga po półwyspie w poszukiwaniu nowych smaków. Odkrycie pięknego zakątka Italii i pobyt w nim oznacza także odkrycie nieznanego dotąd wina czy potrawy. W Abruzji było to np. brodetto di Pescara przyrządzane z czterech gatunków ryb i białe przepyszne wino o "serowej" nazwie - pecorino. W Basilicacie oczywiście lucanica, kiełbaska, którą zachwycał się wódz rzymskich legionów Varus, i czerwone wino Aglianico o zapachu piekła, który po chwili zamienia się w przepiękny bukiet aromatów. Szczep ten został przywieziony na Półwysep Apeniński przed paroma tysiącami lat przez wszędobylskich Greków osiedlających się na czarnym od wulkanicznych piasków wybrzeżu.

Ale nie tylko doznania kulinarne nas pasjonują. Każdą podróż poprzedza długie poszukiwanie w książkach i przewodnikach opisów miejsc, w których staniemy oko w oko z olśniewającymi obrazami, freskami, budowlami. Czasem zdarza się, że nadkładamy drogi, by np. obejrzeć portrety pary książęcej w Urbino pędzla Piero della Francesca lub - jak w tym roku - wstąpić do Duomo w Modenie i zapalić świeczkę.

Niezapomniany dzień...

zdarzył się podczas ubiegłorocznych wakacji w Paestum leżącym ok. 100 km na południe od Neapolu. Spędziliśmy tam wraz z 14-letnią wnuczką cały dzień, zwiedzając wykopaliska dorównujące - naszym zdaniem - Pompejom. Liczne wille z ocalałymi mozaikami zmuszają gości do zasiadania na kamieniach, które były niewątpliwie miejscem wypoczynku mieszkańców antycznego Paestum. Zaś cztery gigantyczne świątynie wzbudzają podziw i szacunek zarówno dla ich architektów, jak i prostych budowniczych.

Zganiani, bo temperatura znacznie przekraczała 30 stopni, zmachani, lecz szczęśliwi zajechaliśmy tego samego dnia do pobliskiego gospodarstwa agroturystycznego słynącego z produkcji mozzarelli. Najpierw podglądaliśmy bawoły uruchamiające pyskiem prysznice, by woda ochłodziła ich rozgrzane cielska, a potem odbyła się szalona serowa uczta. Bo nie tylko świeża mozzarella warta była grzechu...

Dojechaliśmy tam...

naszym samochodem z olbrzymim bagażnikiem, co ma znaczenie, zważywszy, iż z każdej podróży przywozimy kilkadziesiąt butelek nowo odkrytych win i drugie tyle oliwy. Ta bowiem jest naszym narkotykiem. Ulega jej głównie męska połowa naszego związku. Piotr, stając przy kuchni - a gotuje kilka razy w tygodniu - zanim zdecyduje, która oliwa do kolejnego dania będzie najlepsza, najpierw pociąga spory jej haust i dopiero wtedy nalewa na patelnię.

Najlepsze wakacje...

są jeszcze przed nami. Oczywiście we Włoszech. Być może w przyszłym roku, gdy pojedziemy w najdziksze zakamarki Kalabrii, ale może za dwa lata, podczas zwiedzania Sardynii.

W Polsce lubimy...

ba, wręcz kochamy, nadnarwiańskie łąki na skraju Puszczy Białej. Mamy tam od wielu lat dom, w którym spędzamy całe tygodnie. Witamy w nim wiosnę, czasem szczękając zębami, gdy się spóźnia, i musimy palić w piecu przez cały dzień. Tam również żegnamy sezon wiejski, słuchając klangoru gęsi odlatujących do ciepłych krajów.

Podróżujemy zawsze...

we dwoje (czasem z wnuczętami), z aparatem fotograficznym, który uwiecznia wszystko, co oglądamy i jemy, oraz z notesem, bo natłok wrażeń jest taki, że pamięć nie jest w stanie wszystkiego zarejestrować. A przecież z tych podróży powstają nasze książki kulinarne, w których staramy się oddać smak i zapach odwiedzanych miejsc.

Nasz ulubiony hotel...

stoi pośród winnic i pól golfowych w małym austriackim miasteczku Poysdorf. W Hotelu Veltlin zatrzymujemy się od pięciu lat, jeżdżąc do Włoch i wracając stamtąd. Mamy swój ulubiony pokój, który zamiast numeru ma nazwę - Saint Laurent - od winnej latorośli. Poysdorf to stolica białych win, z których my wyróżniamy jedno - gruner veltliner. Smakołykiem, który nam tam zawsze podają, jest bajeczna zupa z dyni, z pestkami i kruchymi serowymi ciasteczkami.

Niebo w gębie poczuliśmy...

i daliśmy temu wyraz jednomyślnie w Giardini Naxos, gdy podano nam na przekąskę surowe jeżowce. Prawdę mówiąc, nasze uczucie radości było dość przewrotne. Oprócz cudownego smaku mięczaka poczuliśmy też smak zemsty (co na Sycylii jest uprawnione), bo parę godzin wcześniej jedno z nas (Piotr) nadepnęło na jeżowca podczas kąpieli. Wyjmowanie kolca z pięty nie jest ani łatwe, ani przyjemne. A ranka, choć mała, jest dolegliwa i nie chce się goić przez wiele dni.

Nie ma miejsc, do których nie chcielibyśmy wrócić...

Marzymy o powrocie na plantacje herbaty na Sri Lance, na bezkrwawe safari w Kenii czy nad lodowate fiordy Norwegii za kołem polarnym. Czasem nawet robimy plany tych podróży, lecz w jakiś niezrozumiały sposób zawsze wszystko kończy się we Włoszech...

Barbara Adamczewska przez lata była związana z prasą kobiecą, Piotr Adamczewski - z "Polityką" i Radiem TOK FM. Pasjonują się podróżami i historią, wędrują po świecie w poszukiwaniu nowych smaków. Właśnie ukazała się ich najnowsza książka "Kuchnia w kawalerce i apartamencie" (Instytut Wydawniczy Latarnik) z mnóstwem praktycznych rad, alfabetem ulubionych win i 400 sprawdzonymi przepisami. W ramach stowarzyszenia Slow Food uczą dzieci smaku polskich potraw

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej