Polska. Jura Krakowsko-Częstochowska jesienią

Jura Krakowsko-Częstochowska. Pięknie tu, a w zimnym, jesiennym powietrzu widoczność jest dużo lepsza niż latem
Listopad nie jest najlepszym miesiącem do planowania podróży po Polsce. Dni krótkie, na dworze zazwyczaj ziąb i plucha. Mimo wszystko nie uśmiechał mi się długi listopadowy weekend w mieście. Namówiłem więc kilka osób na wypad na Wyżynę Krakowsko-Częstochowską. To miejsce piękne niezależnie od pogody i pory roku.

Rezerwuję noclegi w Olsztynie koło Częstochowy i możemy wyruszać.

Całą drogę leje, nastroje nie są zbyt optymistyczne. Jednak gdy tylko zajeżdżamy na miejsce, przestaje padać, a po chwili pojawiają się pierwsze promienie słońca. Bezchmurna i bezdeszczowa pogoda będzie nam towarzyszyć do końca pobytu.

Jura Krakowsko-Częstochowska

By nie marnować i tak krótkiego dnia, szybko zbieramy się do wyjścia. Wokół Olsztyna wytyczono mnóstwo znakowanych tras: dla rowerzystów, pieszych, konnych, a ostatnio dla zwolenników nordic-walking. Idziemy czerwonym szlakiem pieszym w kierunku gór Lipówka i Biakło. Bardziej charakterystyczna jest ta druga (340 m), z powodu krzyża na wierzchołku zwana Giewontem. Wdrapujemy się na szczyt, skąd roztacza się rozległa panorama Olsztyna z majestatycznymi ruinami zamku na pierwszym planie. W cieplejsze dni można tu spotkać wspinaczy i paralotniarzy, teraz jednak oprócz nas nie ma żywej duszy.

Nacieszywszy oczy widokiem rozległych przestrzeni, wędrujemy w kierunku rezerwatu Sokole Góry. Przez większą część roku wapienne ostańce kryją się w gęstym, bukowym lesie. Teraz, gdy drzewa zrzuciły liście, można je podziwiać w całej okazałości. W Sokolich Górach znajduje się wiele jaskiń, w tym najgłębsza na Jurze - Studnisko. Wejście do niej, jak i do większości w okolicy, wymaga dużego doświadczenia i specjalistycznego sprzętu. Za to bez większych obaw można eksplorować Jaskinię Olsztyńską, kiedyś najpiękniejszą na Jurze. Niestety, jej szatę naciekową zdewastowali poszukiwacze szpatu (kalcytu), dawniej używanego w hutach do produkcji szkła, i pseudoturyści. Mimo wszystko warto zapuścić się w jej korytarze, oczywiście z latarką (nasza została w domu, więc używamy komórki).

Jeszcze przed zapadnięciem zmroku docieramy na wzgórze zamkowe. Ruiny górujące nad Olsztynem, malowniczo wtopione w skały, są pozostałością jednej z najważniejszych warowni wzniesionych przez Kazimierza Wielkiego. Tutaj był więziony i zmarł śmiercią głodową wojewoda poznański Maćko Borkowic, najznaczniejszy z wrogów króla. Świetność zamku i miasta nie trwała długo. Już pod koniec XVI w. umocnienia nadwerężył atak wojsk arcyksięcia Maksymiliana Habsburga walczącego o polską koronę. Ostatecznie warownię zdewastowali w czasie potopu Szwedzi.

Opuszczamy wzgórze w promieniach zachodzącego słońca, ciesząc się rozległym widokiem sięgającym aż po Częstochowę. W zimnym, jesiennym powietrzu widoczność jest dużo lepsza niż latem.

U podnóża zamku w zrekonstruowanym spichlerzu mieści się stylowa restauracja - ładnie, smacznie i... drogo. Przy większej liczbie gości trzeba wykazać się dużą cierpliwością w oczekiwaniu na posiłek. Na szczęście nam się nie śpieszy, mamy przed sobą długi wieczór...

***

Następny dzień zaczynamy od wycieczki do rezerwatu Parkowe w okolicach Złotego Potoku. Już w połowie XIX w. Krasińscy, ówcześni właściciele tych terenów, docenili urok i malowniczość krajobrazów, nadając lasom w rejonie rzeki Wiercicy charakter parkowy (stąd nazwa rezerwatu utworzonego w 1957 r.). Poszczególne skały zawdzięczają swoje imiona wyobraźni Zygmunta Krasińskiego, wielkiego poety okresu romantyzmu. Pierwsze kroki kierujemy ku Bramie Twardowskiego. Naukowcy twierdzą, że to pozostałość po dawnej jaskini. Legenda głosi, że otwór w wapieniu wybił imć Twardowski, gdy na kogucie wyruszał na Księżyc.

W dalszą drogę udajemy się mało uczęszczanym żółtym szlakiem przez Babskie Skały. Po godzinie stajemy u stóp samotnego ostańca, na którego szczycie można odnaleźć resztki zamku Ostrężnik, najbardziej tajemniczej warowni na Jurze. Na jej temat nie zachowały się prawie żadne wzmianki historyczne. Nic dziwnego, że krąży o niej wiele legend, jak ta o zbójnikach, których zrabowane skarby do dziś spoczywają ukryte w jaskini u stóp zamku. Mimo braku latarki zapuszczamy się w głąb jej korytarzy. Co prawda żadnych kosztowności nie udaje się znaleźć, ale dużą frajdę sprawia nam przeciskanie się wąskim tunelem, którym można wydostać się na powierzchnię w połowie wysokości stoku.

Umorusani, zmarznięci i trochę przemoczeni doprowadzamy się do porządku w pobliskim barze (w takich sytuacjach nadzwyczajnie smakuje gorąca herbata z cytryną).

W drogę powrotną ruszamy najbardziej popularnym szlakiem czerwonym. Mimo zapadającego zmroku nie potrafimy sobie odmówić wejścia na szczyt Diabelskich Mostów. Szkoda, że nie ma już kładki, która niegdyś łączyła dwa sąsiednie ostańce.

Kolejny postój przy Źródłach Zygmunta, gdzie spotykamy starsze małżeństwo z Częstochowy. Napełniając źródlaną wodą kilkanaście plastikowych kanistrów, mówią, że w regionie nie ma lepszej wody na herbatę. Dzień kończymy w smażalni przy najstarszym w Europie łowisku pstrąga tęczowego. Delektując się smakiem świeżej ryby, myślę o przedsiębiorczym hrabim Edwardzie Raczyńskim, który pod koniec XIX w. sprowadził z USA ikrę tej odmiany pstrąga. Cenny ładunek przetrwał długą podróż statkiem szczelnie otulony wilgotnym mchem i obłożony lodem.

Zamki - w Mirowie i Bobolicach

Trzeciego (i ostatniego) dnia jedziemy trochę dalej od Olsztyna, by zobaczyć dwa niegdyś bliźniacze zamki - w Mirowie i Bobolicach. Ruiny w Mirowie są niedostępne dla turystów, trwają tam prace archeologiczne i konserwatorskie. Leżące ok. 2 km dalej Bobolice zostały już odrestaurowane, a właściwie odbudowane (bilet 10 zł, ulgowy 5). W zamku i w jego najbliższym otoczeniu nieprzerwanie trwają prowadzone z rozmachem prace inwestycyjne. Powstała karczma (otwarcie pod koniec 2011 r.) i stajnia Bobolice, gdzie zaplanowano miejsca noclegowe i SPA (otwarcie w 2012 r.).

Odkąd kilka lat temu oba zamki i rozdzielające je pasmo skalne kupili bracia Jarosław i Dariusz Laseccy, bogaci przedsiębiorcy z Myszkowa, zaczęto wyraźnie dbać o okolicę. Oczyszczono z krzaków punkty widokowe, pojawiły się ławeczki, kosze na śmieci, parkingi.

Zazwyczaj krótki spacer między zamkami tym razem się przeciąga. Nadspodziewanie dobra pogoda i rozległe widoki skłaniają do zwolnienia kroku. "Grzęda mirowska" jest uznawana za jedno z najbardziej malowniczych pasm ostańców na Jurze. Długi pobyt na świeżym powietrzu zaostrza apetyty. Zatrzymujemy się w niewielkim barze w Mirowie. Wszystkie potrawy powstają na miejscu, jest tanio, przytulnie, a za oknami ładny widok na ruiny zamku.

Wracając do domu, żegnamy się z Jurą w Górach Towarnych, 3 km na północ od Olsztyna. Niektóre formacje skalne przypominają Stonehenge, a z ich szczytu mamy doskonały widok - z jednej strony na zamek w Olsztynie, z drugiej na Częstochowę. Na zakończenie ostrożnie zagłębiamy się w Jaskinię Niedźwiedzią, bo jak zwykle zapomnieliśmy o latarce.

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Komentarze (1)
Polska. Jura Krakowsko-Częstochowska jesienią
Zaloguj się
  • polskapogodzinach

    0

    Byliśmy i szczerze polecamy pokonanie całego szlaku na rowerze. Poza licznymi zabytkami (ruiny zamków w Bydlinie, Mirowie, Morsku, Smoleniu, zamek w Bobolicach) mamy styczność z piękna przyrodą Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Cała trasa opisana w naszej relacji www.polskapogodzinach.pl/szlak-orlich-gniazd-rowerem

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX