Nepal. Święta i sylwester 2011. Gwiazdka z mantrą

W Nepalu za wigilijny opłatek posłużył nam placek nan podobny do podpłomyka
Kormoran w panicznym strachu próbuje wzlecieć. Bezskutecznie - sieć coraz mocniej wrzyna mu się w skrzydła. Choć u kresu sił, szamocze się desperacko. Zwijamy żagiel i bierzemy się za wiosła, walcząc z wiatrem spychającym nas w szuwary przy brzegu. Chwytam za nylonowe linki, by utrzymać żaglówkę w miejscu, podczas gdy mój mąż zdecydowanym ruchem łapie ptaka za dziób i spogląda mu w oczy. Kormoran uspokaja się natychmiast, jakby zrozumiał, że chcemy mu pomóc.

Dalej akcja ratunkowa przebiega sprawnie: scyzorykiem tniemy sieć, wyswobadzamy skrzydła z pułapki. Ocalony ptak odpływa niespiesznie i gramoli się na wystającą z wody gałąź. Można by przysiąc, że spojrzenia, które nam rzuca, wystawiając krwawiące skrzydła do słońca, są pełne wdzięczności. Dziś Wigilia, a tego dnia zwierzęta potrafią ponoć mówić ludzkim głosem.

Czekając, aż odleci, kontemplujemy z łódki majestat Himalajów. Góry wydają się dziwnie swojskie: wszak jeszcze wczoraj wędrowaliśmy po tym Dachu Świata! W kieszeniach grzechoczą nam kamyki zebrane podczas trzytygodniowego trekkingu: amonit z okolic czczonych przez buddystów i hinduistów gorących źródeł sanktuarium Muktinath, otoczaki z przepastnego kanionu rzeki Khali Gandaki, kryształy skalne z przełęczy Thoroung La (5416 m n.p.m.), a także czarne, wypolerowane kamienie, które - jak wierzą Nepalczycy - spadają z nieba wraz z błyskawicami i leczą ukąszenia węża. W gładkich wodach Phewa Tal (drugie co do wielkości jezioro kraju, 4,4 km kw., leży nad nim miasto Pokhara) odbijają się ośnieżone szczyty masywu Annapurny, przede wszystkim charakterystyczna sylwetka idealnej piramidy Machhapuchhre Rybiego Ogona (6997 m).

Upewniwszy się, że kormoran się wyliże, kierujemy się w stronę położonej na wysepce świątyni Varahi o dwuspadowym dachu poświęconej bogowi Wisznu. W południowo-zachodnim zakątku jeziora gęsty Rani Ban, czyli Las Królowej, nadaje wodom głęboki szmaragdowy odcień. Na wyspie sadhu , święty mąż z długą białą brodą, nalega, by naznaczyć nas jak innych pielgrzymów tika - symbolem błogosławieństwa oraz wszystkowidzącego trzeciego oka. Nie sposób mu nie ulec. Choć tika może oznaczać pomazanie całego czoła mieszanką jogurtu, ryżu i czerwonego barwnika, sadhu na szczęście ogranicza się do zrobienia na naszych czołach niewielkiej czerwonej kropki z proszku sindur .

Zyskawszy w ten sposób opiekę hinduistycznych bogów, zaczynamy się spieszyć, by, jak każe chrześcijański zwyczaj, wraz z pierwszą gwiazdką zasiąść do wigilijnego posiłku. W kraju, gdzie 80 proc. ludności wyznaje hinduizm, a blisko 11 proc. buddyzm, nie jest to zadanie łatwe. Nepalczycy, goszcząc rzesze turystów, starają się jednak honorować zachodnie tradycje. Jeden z licznych hoteli w nastawionej na zagranicznych gości dzielnicy Baidam wystawił na biegnącą wzdłuż jeziora arterię Khahare Baidam rachityczną sosenkę, niezbyt udatnie ośnieżoną kłaczkami waty. W knajpkach plakaty zachęcają: "Dziś impreza!", "U nas świetna zabawa!", "Muzyka do białego rana". Większość pełna jest już rozbawionych cudzoziemców (z Pokhary, drugiego co do wielkości miasta Nepalu, wyruszają najpopularniejsze wyprawy w Himalaje).

Postanawiamy zjeść naszą wieczerzę w wyglądającej na spokojną restauracji z kominkiem. Z głośników nie płyną wprawdzie kolędy, ale za to w karcie niespodzianka - karp w sosie migdałowym! Za opłatek służy nam placek nan, w smaku przypominający podpłomyk. Zgodnie z tutejszym zwyczajem do przełamania się nim używamy tylko prawej dłoni, lewą bowiem, uznawaną za nieczystą, nie wolno dotykać pożywienia.

***

W dzień Bożego Narodzenia wstajemy przed wschodem słońca i nie zamieniając ze sobą ani słowa, opuszczamy hotel. Jezioro tonie w półmroku zawoalowanym we mgle, cisza jest niemal fizycznie uchwytna. Mijamy kilka nepalskich kobiet zmierzających do świątyni z miedzianymi talerzami pełnymi płatków kwiatów, ryżu, owoców i słodyczy. To puja , poranna ofiara dla bogów.

Wkrótce docieramy do ukrytej wśród drzew buddyjskiej gompy Ganden Yiga Chozin, położonej na niewielkim wzgórzu w północnej części Pokhary. Milcząc, zdejmujemy buty i zasiadamy przed mnichem Losang Yeshe w pozycji kwiatu lotosu. W powietrzu unosi się zapach drzewa sandałowego, na pomalowanych na żółto ścianach mandale, wizerunki bóstw w żywych kolorach, portret Dalajlamy. Przez kolejne 72 godziny czas wyznacza rytm medytacji, jogi oraz nauk podstaw buddyzmu przeplatanych wegetariańskimi posiłkami.

Trzydniowe kursy medytacji w tym klasztorze (w 2007 r. ok. 20 euro od osoby) cieszą się dużym powodzeniem, ale teraz poza nami nie ma nikogo. Błogi spokój. Jedyny intruz to szczur w toalecie, którego niełatwo się pozbyć, gdy złożyło się śluby milczenia!

***

Pora ruszać w drogę powrotną do Katmandu (6 godz. autobusem), skąd miesiąc wcześniej rozpoczęliśmy naszą wyprawę. Nie wyjedziemy z Nepalu, nie zwiedziwszy pełnej zabytków klasy 0 Kotliny Katmandu. Ostatnie dni pobytu upływają nam na odkrywaniu skarbow Patanu, dawnej stolicy królestwa dynastii Malla, zwanej także Lalitpur - miastem piękna. Oraz wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO średniowiecznego miasta Bhaktapur i Durbar Square w Katmandu.

W każdym z tych miejsc niewielka przestrzeń mieści świątynie, stupy, pagody i kapliczki. Spowija je kadzidlany dym, okrywają płatki kwiatów. W ich wnętrzach pełgają płomienie ofiarnych lampek. Wśród bogato zdobionych statuami, posągami, fryzami i ażurowymi galeriami architektonicznych pereł toczy się codzienne życie: dzieci grają w berka, mężczyźni wylegują się w podcieniach, starzy plotkują, młodzi flirtują. Między straganami slalom riksz, skuterów i minibusów wypełnionych po brzegi pasażerami (poza Bhaktapurem, w którym starówkę zamknięto dla pojazdów). Po brukowanych uliczkach niosą się odgłosy dzwonków i sanskryckie modlitewne pieśni hinduskich kapłanów.

***

Do położonej w centrum Katmandu XIV-wiecznej Bodnath, największej stupy w Nepalu i jednej z największych na świecie (od 1979 r. na liście UNESCO), docieramy późnym popołudniem. Dołączamy do tłumu buddystów, którzy o zachodzie słońca zgodnie z ruchem wskazówek zegara kroczą wokół okrągłej budowli. Szuranie butami, furkot modlitewnych młynków, szmer mantr. Cudzoziemców tu dziś niewielu.

Za to w turystycznej dzielnicy Thamel z każdej knajpy, kawiarni, baru i dyskoteki już od wczesnego wieczora dobiega głośna muzyka: głosy Janice Joplin i Jimiego Hendrixsa, a także Boba Marleya ożywiają ducha lat 70., kiedy do stolicy Nepalu ciągnęli z całego świata hippisi. Tu i ówdzie nostalgia za tamtymi czasami ma charakterystyczny zapach marihuany.

Nepalczycy na podekscytowane grupki planujących całonocną zabawę cudzoziemców patrzą obojętnie. Oni sami zgodnie z księżycowym kalendarzem Bikram Sambat witają Nowy Rok piknikiem z przyjaciółmi w drugim tygodniu kwietnia.

Atmosferę naszego sylwestra najbardziej przypomina obchodzony na przełomie października i listopada pięciodniowy festiwal Tihar, święto światła. Wizycie bogini pieniądza Lakszmi w rzęsiście oświetlonych na tę okazję domach towarzyszą wówczas fajerwerki, petardy i sztuczne ognie. Według kalendarza ludu Newar (jedna z sześciu najliczniejszych grup etnicznych w Nepalu, który liczy ich 59) nowy rok zaczyna się czwartego dnia tych hucznych obchodów.

Ponieważ nie mamy zbytnio ochoty na sylwestra w wydaniu Thamel, kupujemy na targu kilka lokalnych smakołyków: jabłkową brandy Bond, pikantne pieczone i suszone mięso sukuti oraz tutejsze pikle sandeko . Na straganie zaopatrujemy się w DVD z filmem "Twierdza" (choć sprzedawca utrzymuje, że płyta jest oryginalna, demaskuje go literówka na okładce: "W roli głównej: Sean Connert") i zanosimy te skarby do naszego hotelu. Nurkujemy w puchowe śpiwory pod dodatkowe koce (ogrzewania nie ma, a wilgoć sprawia, że ziąb przeszywa na wskroś) i czekamy na nadejście Nowego Roku...

***

Nazajutrz zaczynamy od wycieczki do położonej na zachodzie Katmandu stupy Swayambunath, która liczy ponad 2 tys. lat. Zdobią ją oczy Buddy patrzące w cztery strony świata - emblemat Nepalu widniejący na co drugiej pocztówce. Do sanktuarium prowadzą strome schody. Pokonujemy je, odpierając co chwila ataki agresywnych małp.

Ostatni rzut oka na miasto i panoramę Himalajów (z powodu wielkiego zanieczyszczenia powietrza zasnutą gęstym smogiem) i już pędzimy w dół.

Chcielibyśmy zdążyć na "spotkanie" z Kumari - kilkuletnią dziewczynką uznawaną do czasu pierwszej miesiączki za inkarnację bogini Taleju. Zamknięta w jednym z zabytkowych pałaców na starówce tylko sześć razy w roku wychodzi na miasto w triumfalnym pochodzie. Ponoć w zwykły dzień zebranym wokół wiernym i ciekawskim ukazuje się na moment w oknie. Spieszymy się jednak na samolot i nie doświadczymy kontaktu z tym żywym bóstwem. A szkoda. Byłby to dobry początek Nowego Roku.



Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej