Obowiązuje zasada: "Tyle się zmęczysz, ile niesiesz. Tyle masz, ile przyniesiesz". Pakując się, eliminuję każdą zbędną rzecz - gram do grama i pozbywam się kilograma. Śpiwór wybieram jednak cięższy, zimowy. To jedyny - konieczny zresztą -
luksus, na jaki sobie pozwalam. I już pierwszej bieszczadzkiej nocy przekonam się, że dobrze uczyniłem...
Bieszczady z plecakiem Jest początek września, gdy wysiadam na przystanku PKS w Komańczy. Nie odwiedzam jednak pobliskiego klasztoru Nazaretanek, gdzie był internowany kardynał Stefan Wyszyński, ani odbudowanej po pożarze drewnianej cerkwi - już tam kiedyś byłem. Dziś chcę jak najszybciej dotrzeć do pola namiotowego na skraju wsi. Powędruję najdłuższym w Bieszczadach szlakiem (czerwony, 90 km, łączy Komańczę i Wołosate). A może uda się dojść do następnego pola w Prełukach?
Niosę namiot i plecak, na ramieniu worek żeglarski ze śpiworem, w ręku reklamówka z zakupami (przed chwilą uzupełniłem zapasy) - za chwilę będzie pole namiotowe.
Słońce sięga już wierzchołków drzew na wzgórzach, gdy docieram na miejsce. Niestety, po biwaku ani śladu (choć był zaznaczony na tablicy i na mapie!), zamiast spodziewanych namiotów sterczą badyle.
Na szczęście do Prełuk tylko godzina drogi. Przekraczam więc strumień i wspinam się pod górę głębokimi, błotnistymi koleinami (znak rozpoznawczy Bieszczadów). Droga kluczy, by wreszcie zmienić się w wąską ścieżkę. Wciąż wpadam w objęcia gałęzi drzew i krzaków porastających wzgórze Sokoliska (634 m n.p.m.). Ostatni odcinek dość stromo opada w dół, wokół sporo powalonych drzew. Hamuję silnie nogami (kijków nie używam) i wypadam na szutrową drogę z resztkami asfaltu. To już Prełuki.
Zapada zmrok, a pola biwakowego nie ma! Tracę wiarę w mapy. W pobliskiej chałupie żywego ducha, tylko ujadający pies. Murowany dom w oddali to leśniczówka - też zamknięta na głucho. Jestem samiutki w rozległej dolinie. Ciemno i przenikliwy ziąb. Rozkładam namiot pod płotem, za którym szaleje ogromny wilczur.
Ku mej radości po kwadransie nadchodzi z Komańczy niemiecka turystka, która - tak jak ja - uwierzyła mapie. Rozbija się tuż obok. Za godzinę zjawia się leśniczy. Nie chce pieniędzy, kiwa głową ze zrozumieniem: - Już od ponad dziesięciu lat nie ma tu pola biwakowego!
Od Komańczy do Wetliny Poranek zimny, nad górami wiszą mgły. Zaraz przegonią je promienie słońca, które przez tydzień będzie z nas wyciskać siódme poty. To ostatnie tchnienie tegorocznego lata.
Teraz dopiero widzę, jak ogromny plecak dźwiga moja nowa znajoma. Ma w nim nawet piłkę do metalu i mnóstwo pojemników (w tym pudełko z zestawem do łowienia ryb) oraz przewodnik ważący ze trzy konserwy (moja nowa miara wagi). Dobrota ma 18 lat i samotnie idzie od kilku dni z Beskidu Niskiego. Bardzo dzielna osóbka!
Jeszcze tylko kąpiel w lodowatym potoku Osława i w drogę. Pięćset metrów za mostem dostrzegamy za zakrętem gospodarstwo agroturystyczne. Niestety, nie ma go na naszych mapach. I pomyśleć, że wczoraj zabrakło nam doń kilku minut...
Po chwili Duszatyn. W barze Dusza Jeziorek jest tylko piwo, chleba nie ma. Uczynna właścicielka daje Dobrocie kawałek swojego bochenka. - Za chleb - jak powiada - pieniędzy się nie bierze.
Idziemy drogą wzdłuż Potoku Olchowatego i skręcamy w lewo, w las. Pogrążeni w rozmowie przegapiamy skryty w zieleni czerwony znak wskazujący ścieżkę w prawo. Idziemy pod górę szeroką drogą zrytą głębokimi koleinami (zwozi się nią ścięte drzewa). Tu znaków brak. Dopiero po półgodzinnej wspinaczce zrozumiemy swój błąd. Droga zamienia się w ścieżkę i urywa gwałtownie tuż za trzema grobami (dwa krzyże katolickie, jeden prawosławny). Wysoko w drzewach rozpostarta flaga ukraińska. Właśnie znaleźliśmy się w masywie słynnej Chryszczatej. Jeszcze dwa lata po zakończeniu drugiej wojny światowej była bastionem UPA (stąd wychodziła sotnia pod dowództwem słynnego "Hrynia" Stepana Stebelskiego).
Zawracamy i odnajdujemy nasz czerwony szlak. Towarzyszą mu liczne strumyki. Tak smacznej wody nie piłem już od dawna.
A oto i Jeziorka Duszatyńskie. Powstały, gdy osunęło się zbocze, ziemia rozstąpiła się tworząc rozległe doły, a głazy zatarasowały potoki. Być tu i nie wykąpać się w upał? Ryzykuję. Niestety, dno muliste (wpadam do pół uda!), a zatopione pnie sterczą we wszystkie strony niczym dzidy.
Przed nami ostre podejście na Chryszczatą (997 m). Choć jest dość krótkie, wleczemy się ponad godzinę, robiąc pięć postojów.
Na szczycie krzaki soczystych jeżyn - nasze drugie
śniadanie. Zajadamy się nimi nieprzytomnie, sok spływa mi na koszulkę.
Mijany krzyż to znak cmentarza z pierwszej wojny światowej. Jest całkiem zarośnięty, choć skrywa wiele mogił żołnierzy austriackich, rosyjskich, polskich i ukraińskich (na przełomie 1914 i 1915 r. dwukrotnie przesuwała się tu linia frontu, masyw przechodził z rąk do rąk).
Obok kierunkowskazu z zaznaczonymi szlakami - stół, ławy i... mnóstwo śmieci. Rumienię się ze wstydu przed Dobrotą, która nie wierzy własnym oczom.