Chiny. Muztagh Ata - wyprawa na "Ojca lodowych gór"

Żartuje czy zwariował? - pomyślałem, usłyszawszy propozycję kolegi. Na wyprawę wysokogórską do Chin jadę, nawet nie pytam o szczegóły. Ale zjazd na nartach z Muztagh Ata - jednej z 50 najwyższych gór na Ziemi? Z 7546 m n.p.m.?!
Muztag Ata, "Ojciec Lodowych Gór", leży w chińskiej prowincji Sinkiang. Znajomy namówił mnie na wyprawę właśnie na ten szczyt. Kiedy obejrzałem go na zdjęciach, przestałem się dziwić - jego niesamowicie regularny kształt, równe nachylenie i wspaniały wygląd przyciągają alpinistów oraz ski-alpinistów z całego świata.

Nasza ekipa liczy siedem osób. Trzy chcą wejść na szczyt i zjechać na nartach. Każdy poza mną był już w górach powyżej sześciu tysięcy metrów. Większość zaliczyła po jednym lub więcej siedmiotysięczników.

Na nartach jeżdżę, odkąd pamiętam, ale w Szczyrku lub Korbielowie. Planowałem jakiś wypad w Alpy. Pojechałem do Chin.

Taszczymy po blisko 30 kg bagażu na głowę, z czego dużą część stanowi sprzęt alpinistyczny i narciarski. Pierwszym poważnym wyzwaniem jest dotarcie na miejsce. Chwilami mam wrażenie, że Phileas Fogg podróżujący w 80 dni dookoła świata miał lepsze tempo podróży. Z Warszawy do Moskwy lecimy samolotem, potem Aerofłotem do stolicy Kirgizji - Biszkeku. Potem zaczyna się prawdziwa gehenna - do Chin ruszamy miejscową komunikacją. Sporą część drogi poruszamy się krętymi górskimi szutrówkami, pędząc na złamanie karku poradzieckimi uazami lub jeszcze bardziej wiekowymi furgonami marki mercedes. Za oknami na tle górskich krajobrazów migają egzotycznie odziani jeźdźcy, białe jurty i stadka wielbłądów. Czas stanął tu w miejscu kilkaset lat temu. Kilka razy braknie nam benzyny, raz potężne osunięcie się zbocza odcina nam drogę, innym razem nasz negocjator Bartek zapamiętale targuje się o cenę biletów i nie zauważa, że już nie ma miejsc w autobusie.

Granica z Chinami i Muztag Ata

Po dwóch dniach przekraczamy granicę z Chinami, po czterech docieramy do prowincji Sinkiang, gdzie leży cel naszej wyprawy. Miasto Kaszgar wita nas czteropasmową autostradą. Tu tracimy kilka dni na boje z władzami, by załatwić pozwolenie na wejście na Muztag Ata. Cudem tylko udaje nam się wywinąć z obowiązku zabrania ze sobą "oficera łącznikowego" - oficjalnego przedstawiciela chińskiej władzy na naszej wyprawie.

Nastroje bojowe, chociaż pojawiają się pierwsze obawy i wahania. Ratuje nas rewelacyjna kuchnia chińsko-ujgurska. Prawie tygodniowy pobyt w tym niezwykłym mieście to prawdziwy korowód uczt i degustacji. Kuchnia ujgurska opiera się na baraninie. Od mielonych szaszłyków poprzez pierożki, tłuste esencjonalne zupy, po wszechobecny lahmad, czyli makaron smażony z mięsem i warzywami - wszystko przyrządzane na tysiące sposobów z różnymi dodatkami i przyprawami.

A na deser zawsze wspaniała zielona herbata (którą jednego wieczoru przez przypadek myjemy sobie ręce, wzbudzając salwy śmiechu miejscowej obsługi) i dojrzałe arbuzy lub melony. Kuchnia chińska jest bardziej wyrafinowana. Próbujemy bakłażanów, smażonych pomidorów i papryczek, jemy wspaniałe ślimaki nadziewane chilli, wędzone wątróbki, przepiórcze jajka i smażony serek tofu, kurczaka na ostro w czerwonym sosie oraz kaczkę po pekińsku. Niektóre potrawy mają taką moc, że nawet najtwardsi nie dają rady i odpuszczają. Przepysznym uzupełnieniem są egzotyczne zupy o subtelnym, nieznanym mi smaku.

Nasza przygoda kulinarna kończy się wraz z opuszczeniem miasta. W górach królują liofilizaty - czyli specjalnie wysuszona (w bardzo niskiej temperaturze) i odtłuszczona żywność. Ruszamy w trasę. Nasze bagaże dźwigają dwa wielbłądy, które wkrótce okazują się jeszcze mniej pewne niż zdezelowane wehikuły produkcji radzieckiej. Nagle w czasie trawersu stromego zbocza jeden z nich się płoszy. Powiązany starymi linami stos naszych plecaków zsuwa się z jego garbu i wali w dół. Na szczęście tuż przed strumieniem jedna z lin zawija się o skałę i zatrzymuje pakunek. Chwała Bogu nie eksplodowała butla z gazem.

Baza główna - 4400 m n.p.m.

Pod wieczór docieramy do bazy głównej na wysokości 4400 m n.p.m. W ciągu jednego dnia pokonaliśmy różnicę wysokości 3 tys. m. Ku swojemu zdziwieniu czuję się całkiem dobrze, choć zmęczenie niemal natychmiast powala mnie do śpiwora.

Nazajutrz ociężali podnosimy się po pierwszym noclegu w namiotach. Pogoda jest przepiękna, więc w czterech postanawiamy połączyć przyjemne z pożytecznym. Przejdziemy się na spacer, a przy okazji zaniesiemy trochę paliwa i żywności tak wysoko, jak tylko uda nam się zajść. Niestety, nagle ni z tego, ni z owego pogoda załamuje się. W ciągu pół godziny nad głowami przelatują nam trzy pory roku - od mocnego lipcowego słońca, poprzez pochmurną jesień, do gwałtownej zimy zacinającej śniegiem prosto w twarz. Oj, to nie przelewki, szybko wracamy do bazy.

Na drugi dzień już bez wielbłądów obładowani ponad miarę ruszamy do obozu pierwszego na wysokości 5400 m n.p.m. Ponadtrzydziestokilogramowy plecak ciąży tak, że liczę każdy krok, muszę coraz częściej stawać, by złapać oddech i poprawić mocowania nart przytroczonych do plecaka. Słońce praży niemiłosiernie. Po kilku godzinach marszu zostało jeszcze ok. 200 m do celu. A ja mam dość. Przestaję wierzyć, że będę w stanie tam dotrzeć. Zrzucam w diabły plecak - co za ulga! Dochodzę do obozu w kilkadziesiąt minut. Po dwóch godzinach odpoczynku mogę wrócić po plecak. Rozbijanie namiotów, rycie platform i prace obozowe zajmują nam dobre kilka godzin. Ale jeszcze przed zmrokiem wybieram się z naszym najbardziej doświadczonym kolegą Marcinem na krótką narciarską wycieczkę, żeby przetestować sprzęt i własne organizmy. I wreszcie przekonujemy się, że warto było się męczyć. Świst powietrza w uszach, białe pióropusze śniegu tryskające spod nart i krajobraz aż po horyzont pokryty górami rekompensują wszystkie uciążliwości.

Góry dookoła... i coraz wyżej

Kolejny dzień znacznie poprawia nastroje. My wyglądamy marnie, ale góry dookoła - wspaniale. I już jest lepiej. Marcin idzie w górę sam, żeby założyć obóz drugi na wysokości ok. 6300 m n.p.m. i sprawdzić warunki panujące wyżej. Wraca wieczorem zachwycony. Warunki i śnieg są ponoć doskonałe. Wchodził ponad 5 godzin, zjechał w kwadrans.

Rano pakuję plecak (zdecydowanie lżejszy) i przyklejam do nart foki. Przypominam sobie opowieści kolegów o zdradliwych, głębokich jak przepaść szczelinach, które kryją się pod śniegiem. Pytam doświadczonych wspinaczy, gdzie mogę je znaleźć. Ku mojemu przerażeniu okazuje się, że prawie wszędzie! Na jednej z nich właśnie siedzimy - kolega udowadnia mi to wpuszczając kijek do śniegu. Po przebiciu kilkucentymetrowej warstwy puchu trafia na pustą przestrzeń. Od tej chwili wiedza o szczelinach ciąży mi bardziej niż sprzęt. Idę dużo ostrożniej, a co kilka kroków widzę charakterystycznie zapadający się śnieg. - Wytrzyma? Nie wytrzyma? - zastanawiam się co chwilę, czując się jak facet grający w rosyjską ruletkę.

Raz za razem wykruszają się kolejni koledzy. Wreszcie zostaje nas trzech - Marcin, Maciek i ja. Czuję satysfakcję, że mimo braku doświadczenia i słabej kondycji wytrzymałem tak długo. Droga coraz trudniejsza, zmęczenie narasta, a do tego bez przerwy wypina mi się jedna narta. Sprawdzam GPS - 6 tys. m n.p.m.

Przed nami ogromna lodowa szczelina. Iść, nie iść? Jesteśmy wyczerpani. Za duże ryzyko. Odwrót. Ale tylko Maciek i ja. Marcin idzie dalej. On najlepiej znosi trudy wędrówki.

Zjazd na nartach... z Muztag Ata

I oto moment, dla którego poniosłem cały ten trud. Zjeżdżam! Z 6 tys. m! Myślicie pewnie, że to niesłychana przyjemność? Nic podobnego. Na początku radości nie ma żadnej, jestem na to zbyt wyczerpany. Skupiam się wyłącznie na przeżyciu. Z trudem udaje mi się utrzymać tor jazdy, mięśnie w nogach całkowicie odmawiają posłuszeństwa. Nie dam rady, muszę chwilę odpocząć. Przede mną stroma, kilkudziesięciometrowa ściana, którą pod górę pokonywałem przez ponad dwie godziny. Zbieram się w sobie i ruszam. Mija moment i jestem na dole, nawet udało mi się nie przewrócić. Znowu odpoczynek, kolejnych kilka zdjęć, zaczerpnięcie kilku ostatnich łyków wody. Przede mną szeroki jęzor lodowca, który przez ostatnich kilka godzin tak mozolnie pokonywałem, idąc do góry. Spokojnie, długimi szerokimi skrętami zjeżdżamy w dół.

Pamiętając o szczelinach, jadę spokojnie, starając się omijać podejrzane zagłębienia w śniegu. I wreszcie uspokajam się, a jazda zaczyna sprawiać przyjemność. Czuję, że to moje pożegnanie z górą. Wiem, że nie będę miał siły, żeby jeszcze raz spróbować podejścia na szczyt. A jednak jestem radosny. I dumny z siebie. Jak na pierwszą w życiu ski-alpinistyczną wyprawę to i tak duże osiągnięcie. Zatrzymuję się i siadam na śniegu. Jestem znacznie poniżej szczytu, ale wszystkie pasma górskie wokoło wydają się daleko pode mną. Raz za razem oglądam się wstecz i widzę swoje ślady na dziewiczym śniegu. Jak mój podpis na certyfikacie twardziela. Jeszcze kilka skrętów i będzie widać nasz obóz. Mobilizuję resztki sił i po chwili jesteśmy z Maćkiem przy namiotach. W obozie nie ma żywej duszy, prawdopodobnie wszyscy zeszli do bazy. Odpinamy narty, wpadamy wycieńczeni do namiotów i natychmiast zasypiamy. Zjazd zajął nam ponad godzinę i pozbawił resztek sił.

Budzimy się dopiero następnego dnia, w wyjątkowo mroźny poranek. Pakujemy plecaki (znów ważą ok. 30 kg) i powoli zjeżdżamy do granicy śniegu. Dalej trzeba iść pieszo. Po kilkugodzinnym zejściu docieramy do obozu podstawowego witani przez pełnych podziwu kolegów. Na dole (ładny mi dół - blisko 4,5 km n.p.m.) regenerujemy się dużo szybciej, wieczorem jesteśmy jak nowo narodzeni.

Muztag Ata. Napuchnięta twarz bohatera

A Marcin? Wziął telefon satelitarny, ale nie mamy od niego żadnych wiadomości, nie odbiera, nie odpowiada na SMS-y. Znamy go dobrze. Wiemy, że jak się uprze, to za wszelką cenę będzie chciał wejść na szczyt. Uspokaja nas świadomość, że z nas wszystkich był do tego najlepiej przygotowany. Wieczór mija szybko, zaszywamy się w swoich namiotach, ale nie możemy zasnąć, rozmowami wypełniamy czas oczekiwania. Nagle słyszymy hałas. Jest godzina 22. Marcin?! Niemożliwe! A jednak! Wpada do namiotu uśmiechnięty i krzyczy, żeby dać mu piwo. Zrobił to, wszedł na szczyt i zjechał do base campu w ciągu jednego dnia! Na napuchniętej i spalonej słońcem twarzy Marcina widać ogromną radość. A na naszych gębach prawdziwy podziw.

Nazajutrz ekipa rozdziela się. Ja z trójką kolegów jadę do Kaszgaru. Pozostali chcą spróbować jeszcze jednego podejścia, jak się później okaże - bez powodzenia. Choroba wysokościowa dopadła ich już w pierwszym obozie. Muztag Ata okazał się niełatwą zdobyczą. Z naszej siedmioosobowej ekipy tylko Marcin Hauton dotarł na szczyt i do tego zjechał z góry na nartach. Ja i tak jestem bardzo zadowolony. Wziąłem udział w prawdziwej wysokogórskiej ekspedycji, a do tego udało mi się zjechać na nartach z 6 tys. m n.p.m. Jak na pierwszy raz to chyba nie najgorzej?



Ski touring - rodzaj sportu narciarskiego, połączenie wędrówki na nartach oraz zjazdu narciarskiego w terenie górskim o znacznym stopniu nachylenia. Uprawianie skituringu wiąże się z wykorzystaniem odpowiedniego sprzętu. Niezbędne są właściwe obuwie i wiązania skiturowe umożliwiające zarówno zjazd narciarski, jak i podchodzenie (ruchoma pięta, ruchomy staw skokowy buta, możliwość usztywnienia), odpowiednie narty, zwykle bardziej wytrzymałe niż narty amatorskie i o znacznie mniejszym ciężarze, oraz foki, czyli podklejane (zwykle syntetyczne)podkłady pod ślizgi nart umożliwiające podchodzenie techniką biegową pod strome wzniesienia (bez konieczności stosowania techniki jodełki).
Ile to kosztuje

Z Moskwy do Kirgizji:

Samolot Aerofłotu do stolicy Kirgizji Biszkeku (w obie strony, rezerwacja 3 mies. wcześniej) ok. 2400 zł.



Biszkek - Irkesztam (granica z Chinami):ok. 30 dol. za osobę za trzy środki transportu.
Jedzenie w Kirgizji:bardzo tanio (np. ryba, placek ok. 1,5 zł, piwo 2 zł).
Z granicy kirgisko-chińskiej do Kaszgaru:

Autobus z kuszetkami Irkesztam-Kaszgar - 15 dol. za osobę.

Ceny w Kaszgarze:

telefon do Polski z "budki" 1,2 zł za minutę (z komórki polskiej 11 zł)

hotel (niski standard, ale w byłej ambasadzie radzieckiej - Seman Hotel) 8 zł na dobę

piwo 1,15 zł (bardzo dobre)

taksówka samochód, ok. 10 min jazdy 2 zł za kurs (do 5 osób w środku)

motor taksówka (jedna osoba) ok. 10 min jazdy 0,50 zł

jedzenie restauracja, obiad (pełny posiłek) 4-5 zł

jedzenie na targu duża porcja (jedliśmy ją w 2 osoby) 2 zł całość

Z Kaszgaru do Subaszi:

Transport + pozwolenie na wejście na Muztag Ata (konieczne) + 2 wielbłądy do base campu w jedną stronę + transport powrotny do Kaszgaru - 800-1000 zł.

Najsprawniej i najtaniej załatwia się to na miejscu, polecamy www.johncafe.com - zamerykanizowany Chińczyk John załatwi wszystko, ale cwaniak i trzeba się strasznie ostro targować. Można u niego kupić potrzebny na wyprawę i sprzedać po jej zakończeniu zbędny sprzęt alpinistyczny.

Wejście na MuZtag Ata:

Szerpowie do pierwszego obozu ok. 2 dol. za kg.

Żywność można też kupić w base camp, ale nie polecamy - drogo (kilka razy drożej niż w Kaszgarze).

Powrót:

Aerofłot lubi sobie doliczyć za nadbagaż (my razem dopłaciliśmy ok. 1200 zł pomimo tego, że lecąc do Biszkeku, mieliśmy cięższy bagaż i nikt nam za to nie kazał zapłacić). Lepiej jak najwięcej rzeczy założyć na siebie lub spakować do bagażu podręcznego.

***

Więcej podobnych tekstów przeczytasz w serwisie Logo24