Maroko. Na pustych plażach Sidi Ifni

Zamiast zaplanowanych dwóch dni spędziliśmy tam niemal tydzień, z dala od tłumów turystów i naganiaczy
Maroko wciąga w wir zapachów, kolorów, smaków i obrazów. Głośne bazary, kręte uliczki z setkami suków, średniowieczne medyny pełne żądnych zarobku handlarzy. Wszystko to zachwyca, ale i przytłacza. Wtedy najlepiej uciec tam, gdzie milkną piszczałki zaklinaczy węży, gdzie nie ma nagabujących sprzedawców wszystkiego i niczego. W miesięcznej podróży po tym kraju znaleźliśmy takie miejsce - Sidi Ifni nad samym oceanem. Nawet w sezonie nie ma tłumów, więcej tam Marokańczyków na rodzinnych wakacjach niż zagranicznych turystów. Dojechaliśmy jednym z autobusów kursujących na trasie Marrakesz - Tiznit, a z Tiznitu kolejnym. Podróż nad oceanem drogą R104 zajmuje około półtorej godziny i jest niezwykle przyjemna.

***

Przyjechaliśmy kilka minut po siódmej rano. Autobus zatrzymał się na południowych obrzeżach Sidi Ifni, tuż obok lotniska nieczynnego od ponad dwudziestu lat. Miasto powoli budziło się do życia. Słońce chowało się za chmurami, powietrze było rześkie, nad ulicami rozciągała się mgła znad oceanu. Zarzuciliśmy plecaki i przeszliśmy na drugą stronę ulicy, gdzie na największym targowisku w mieście pojawili się pierwsi kupcy, wykładając na stoły ryby i owoce morza, dopiero co złowione w oceanie. Obok rozstawiali kramy handlarze warzyw i owoców, układając olbrzymie góry arbuzów, melonów, owoców kaktusa i brzoskwiń. Na tyłach targowiska znajdowały się stragany z mięsem, gdzie można było dostać wiele miejscowych specjałów.

Ruszyliśmy w poszukiwaniu taniego hoteliku. W nowszej części miasta wszystkie pokoje były zajęte i kazano nam zgłosić się po godz. 12. Poszliśmy więc avenue Hassan II, która zaprowadziła nas na starówkę. W Sidi Ifni trudno się zgubić. Tak jak Ceuta i Melilla było ono niegdyś hiszpańską enklawą na marokańskim wybrzeżu, stąd charakterystyczna zabudowa - siatka równoległych ulic. Początki miasta sięgają końca XV w., gdy osiedlili się tu hiszpańscy kolonizatorzy, nazywając swą osadę Santa Cruz del Mar Pequeno. Panowali (z przerwami) aż do 1969 r., gdy Maroko odzyskało niepodległość.

Place Hassan II (dawniej Plaza de Espana) w centrum starówki ma kształt elipsy, dookoła stoją piękne, białe postkolonialne budynki w stylu art déco. W jego północnej części, tuż przy głównej ulicy, znajduje się (bardzo zniszczony) budynek hiszpańskiego konsulatu. Najokazalszy jest dawny pałac gubernatora, obecnie królewski, obok ratusz i piękny budynek sądu z górującą nad starówką wieżą.

Rue Moulay Youssef doszliśmy do hotelu Suerte Loca przy wielkich hiszpańskich schodach, u stóp których leży plaża. Tuż obok stoi bardzo oryginalny budynek w kształcie statku wypływającego w morze - niegdyś mieścił się tu sekretariat marynarki hiszpańskiej.

Plaża jest szeroka, śnieżnobiały piasek i olbrzymie fale przyciągają miłośników windsurfingu. Nigdy nie ma tłumów. Dwa kempingi oblegają zwykle marokańskie rodziny na wakacjach.

Znalazło się dla nas miejsce w hoteliku Ere Nouvelle, trzy minuty od targu owocowo-warzywnego. Warunki dość spartańskie (wspólna łazienka na korytarzu), ale noc w dwójce kosztuje jedyne 80 dirhamów (w hotelu Suerte Loca lub Bellevue są pokoje z łazienkami i telewizorami). Na ciepłą wodę można liczyć tylko w bardzo słoneczne dni, gdy woda w bańkach na dachach mocno się nagrzeje.

***

Sidi Ifni nas urzekło. Zamiast zaplanowanych dwóch dni spędziliśmy tam niemal tydzień, daleko od tłumów turystów i naganiaczy. Spacery wzdłuż prawie pustej plaży, posiłki na tarasach restauracyjek serwujących owoce morza, koktajle ze świeżo zmiksowanych owoców w bocznej uliczce odchodzącej od Place Hassan II...

Wybraliśmy się też na plażę w Legzirze (10 km na północ od Sidi Ifni), jednym z najpiękniejszych miejsc w Maroku. Słynie z olbrzymich form skalnych opadających łukami do chłodnego Atlantyku. Cały dzień wygrzewaliśmy się w samotności u ich podnóża.



Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej