Ale myśleliśmy o niej, rozmawialiśmy, w końcu kupiliśmy w przewodnik i wszystko zaczęło nabierać realnych kształtów. A kiedy mieliśmy już w ręku
bilety lotnicze w okazyjnej cenie, poczuliśmy, że nasz sen się spełnia.
Niezapomniany dzień... miał miejsce w Nowej Zelandii w Fox Glacier na Wyspie Południowej, gdy lecieliśmy nad lodowcem Franz Josef. Myśleliśmy, że nie będzie nas na to stać, więc wybraliśmy kino z filmem o lodowcach, w towarzystwie 50-osobowej wycieczki hinduskiej. Tymczasem trafiła nam się wspaniała niespodzianka - darmowy bilet dla jednej osoby ze względu na ostatni lot w tym dniu. Szybko dokupiliśmy drugi i wsiedliśmy do helikoptera, jako towarzystwo dla starszego azjatyckiego małżeństwa. Po chwili tańczyliśmy z radości, skacząc po śniegu lodowca, ciesząc się jak
dzieci, podziwiając widoki. I już byliśmy z powrotem, jak obudzeni z cudownego snu. Do końca dnia nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało.
Dojechaliśmy tam... wycieńczeni, po prawie trzydziestu godzinach lotu, z przesiadkami w Londynie, Dubaju, Brunei i po... konfiskacie noża sprężynowego, który miał nam służyć do krojenia chleba - w Nowej Zelandii okazał się tzw. bronią białą. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a siły odzyskaliśmy, uświadamiając sobie, że jesteśmy w Auckland w pierwszy dzień nowego roku, na drugim końcu świata, a przed nami fantastyczna podróż przez wsypę Północną i Południową.
Najlepsze wakacje spędziliśmy... wszędzie, gdzie byliśmy. Były chwile, których pewnie nigdy nie zapomnimy i miejsca, które żal było opuszczać: wyspa Ona zagubiona na środku Morza Norweskiego, miasteczko Gjirokastra na południu Albanii, piękna i przytulna
Madera, szlak Gaudiego w Barcelonie, gorąca Walencja i niemal zawsze deszczowe, a dla nas łaskawie słoneczne Hebrydy Zewnętrzne w Szkocji.
W Polsce lubimy... Wrocław, bo jest bardzo europejskim miastem. Można krążyć po nim godzinami, a gdy braknie sił, zawsze znajdzie się coś pysznego do jedzenia. Kochamy Będzin, miasto z piękną historią i tajemniczymi miejscami, do których uwielbiamy wracać, choć prawie wszyscy znajomi uciekli stąd w świat.
Nasz ulubiony hostel... to Castanea w Sztokholmie, ślicznie położony w samym sercu starego miasta. Miła obsługa, niewielkie, ale czyste pokoje i przestronna kuchnia, w której można przysiąść na sporym parapecie i obserwować jedną z piękniejszych starówek na świecie.
Niebo w gębie poczuliśmy w... Norwegii
, gdy po stromym podejściu dotarliśmy do Flatbrehytty między lodowcem Jostedalsbreen a fiordem Fjarland. Mała chatka schronisko była wyposażona w piecyk oraz dostosowane do sytuacji i warunków produkty spożywcze, które można zjeść, wrzucając bilon (wedle uznania) do skarbonki. Zdecydowaliśmy się na ogromną puszkę
spaghetti, paczkę herbatników i pepsi. Wszystko smakowało wyśmienicie, tym bardziej że wcześniej musieliśmy rozpalić ogień w piecyku, by roztopić śnieg na wodę.
Ale... po powrocie z każdej podróży nic nie zastąpi smaku świeżego, razowego chleba z masłem.
Na wyprawę zawsze zabieramy... siebie nawzajem, ponieważ razem najlepiej nam się podróżuje. I gruby zeszyt z niezawodnym długopisem, aby opisać to wszystko, co zobaczyliśmy po drodze.
Nigdy więcej nie powrócimy... tam, gdzie już byliśmy, bo tyle jest wciąż ciekawych miejsc do zobaczenia.
Wkrótce będziemy w drodze do... naszych przyjaciół w Edynburgu.
Wymarzony cel podróży: chcielibyśmy poczuć surowy klimat Grenlandii i równie surowe warunki towarzyszące objeżdżaniu świata na rowerach.
Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej