Madagaskar. W pogoni za lemurami

Po 22-godzinnej podróży z Warszawy z ulgą lądujemy w Antananariwie, stolicy Madagaskaru. Jest lipiec, środek tutejszej zimy, pory suchej i niezbyt upalnej. Na tę wyspę na Oceanie Indyjskim zwabiła nas przyroda, niespotykana w innych częściach świata.
Po 22-godzinnej podróży z Warszawy (przez Paryż i Mauritius) z ulgą lądujemy w Antananariwie, stolicy Madagaskaru. Jest lipiec, środek tutejszej zimy, pory suchej i niezbyt upalnej. Na tę wyspę na Oceanie Indyjskim zwabiła nas przyroda, niespotykana w innych częściach świata. Dzięki temu, że Madagaskar przed milionami lat oddzielił się od dzisiejszej Afryki, a potem od Indii, przetrwały tu gatunki zwierząt i roślin, które gdzie indziej dawno już wyginęły. Endemity na Madagaskarze to: 99 proc. płazów, 93 - gadów, 84 - ssaków i 67 - ptaków. Co krok powinniśmy więc spotykać stworzenia, jakich nigdy nie widzieliśmy.

Park Narodowy Ranomafana

Nazajutrz opuszczamy Tanę (jak wyspiarze nazywają Antananariwę) i wyruszamy dżipem w kierunku Parku Narodowego Ranomafana, 400 km na południe od stolicy. Szosa wije się wśród wzgórz, na stokach zielenią się tarasowate pólka ryżowe. Gdzieniegdzie pasą się stadka krów rasy zebu, z garbami tłuszczowymi wyrastającymi tuż za karkiem. Mijamy wsie zabudowane piętrowymi domami z laterytowych, czerwonych cegieł, robionych ręcznie przez lud Merina, jeden z najliczniejszych spośród 18 plemion Madagaskaru. Na parterze są sypialnie i pomieszczenia dla zwierząt, na piętrze kuchnie. Drzwi zbite z kilku desek, otwory okienne bez ram i szyb, zamiast dachów strzechy z liści palmowych. To wszystko świadczy o ubóstwie mieszkańców. A mimo to są bardzo pogodni - chętnie z nami rozmawiają, nie skarżą się na los, nie proszą o jałmużnę.

Pod wieczór docieramy do Ranomafany, miasteczka o tej samej nazwie co park narodowy: " rano" znaczy woda, "mafana" - gorąca. Sto lat temu odkryto tu gorące źródła i od nich pochodzi nazwa parku utworzonego w 1991 r. na 43 tys. 500 ha. Chroni przed zagładą tropikalny las deszczowy z jego bogatą, całkowicie endemiczną florą i fauną.

Chcemy zobaczyć zwłaszcza lemury - żyje ich tu aż 12 gatunków. Mimo późnej pory nie udajemy się do hotelu, lecz zaopatrzeni w latarki wyruszamy w głąb lasu deszczowego. Łacińską nazwę lemures, czyli duchy nocy, zawdzięczają odblaskowi oczu charakterystycznemu dla ich nocnych gatunków. W Ranomafanie nocą żeruje lemur myszaty, najmniejszy z lemurokształtnych małpiatek, który w dzień chowa się w wysoko położonych dziuplach. Niestety, mimo dwugodzinnych poszukiwań nie udaje się go zobaczyć, choć Damian, nasz kierowca i przewodnik, bardzo się o to stara.

Lemury

Zaraz po śniadaniu znów ruszamy do dżungli. Wąską ścieżką brniemy po kostki w błocie przez leśną gęstwinę. Damian zatrzymuje się przed wysoką, bambusową kępą i wskazuje ręką na wierzchołek. Po chwili spoza liści wyłania się złotorude zwierzątko - wygląda jak skrzyżowanie kota, psa i wiewiórki. To złoty lemur bambusowy, którego obecność stwierdzono po raz pierwszy dopiero w 1986 r. Gapimy się z wielką ciekawością, gdyż jest to bardzo rzadki gatunek małpiatki. Nic sobie z nas nie robi, tylko objada się bambusowymi pędami. Przewodnik prowadzi dalej, obiecując spotkanie z innymi lemurami. Od czasu do czasu widzimy jakiś ruch w koronach drzew, ale zwierzęta skaczą z gałęzi na gałąź tak szybko i są tak wysoko, że nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać. Wędrujemy po deszczowym lesie jeszcze przez kilka godzin, ale poza lemurem brązowym, siedzącym w gęstej koronie wysokiego drzewa, żadnych małpiatek już nie widzimy. Nazajutrz wybieramy się do Parku Narodowego Isalo - może tam spotkamy lemury katta z pięknymi, długimi ogonami?

Isalo

Isalo , założony w 1962 r. na obszarze 81 tys. 540 ha, wziął nazwę od górskiego masywu. Ma chronić nie tylko faunę i florę, ale też niezwykłe formacje skalne i miejsca związane z archeologicznymi wykopaliskami i historycznymi wydarzeniami w tym regionie. W głąb parku wyruszamy z Ranohiry, dużej wsi u podnóża masywu Isalo. Miejscowy przewodnik prowadzi nas do naturalnego basenu kąpielowego, utworzonego na dnie wąwozu przez mały wodospad. Po drodze podziwiamy zwierzęta i maski wyrzeźbione w ciągu tysiącleci przez wodę i wiatr w piaskowcu.

W klifowej ścianie głębokiego kanionu widać jaskinię z wąskim wejściem zatarasowanym płaskimi kamieniami ułożonymi jeden na drugim. To grobowiec plemienia Bara, które w liczbie ok. 10 tys. zamieszkuje kilkanaście wiosek na obrzeżach Isalo. Przybyli przed wiekami, by wypasać krowy rasy zebu, będące całym ich bogactwem. Ludzie Bara czczą Isalo jako święte miejsce swoich przodków i w jaskiniach masywu chowają zmarłych (spoczywa tam ostatni legendarny król Ramieba).

Bardzo często natykamy się na ognioodporne drzewo Uapaca bojeri (miejscowa nazwa tapia). Odgrywało dużą rolę w ekonomii i kulturze materialnej regionu, bo jego liście to jedyny pokarm larw jedwabnika landibe . Z kokonów zebranych z tapii tkacze przędli surowy jedwab na ubrania i na pogrzebowe całuny.

Najbardziej dziwaczny kształt ma miniaturowy baobab zwany stopą słonia, rosnący na skalnych stokach. Świetnie zaadaptował się do suchego klimatu: szeroko rozprzestrzeniony system korzeniowy, miniaturowe liście redukujące parowanie oraz gąbczasty pień gromadzący wodę.

Widzimy też olbrzymie baobaby z niezwykle rozdętymi pniami. Rośnie tu i endemiczny aloes oraz palma o delikatnych, pierzastych liściach. Co pewien czas przewodnik zwraca nam uwagę na zwierzęta. A to spod kamienia wydobędzie skorpiona czarnego, podsunie pod nos patyczaka rogatego, pokaże przywartego do pnia kameleona, wydobędzie z trawy zieloniutką jaszczurkę felsumę lub gekona. Kiedy docieramy do basenu, widzimy pływającą po nim kaczkę drzewicę białolicą. Na brzegu biega malgaska pliszka, a na kępie bambusów siedzi ślepowron i dziwogon czubaty. Tylko po lemurach ani śladu...

Las Safahana

Na obiad wracamy do Ranohiry, a potem jedziemy kilkanaście kilometrów do pierwotnego lasu Safahana. Samochód zostaje na prowizorycznym parkingu, my zaś wędrujemy wzdłuż strumienia dnem szerokiego wąwozu. Gęstwina drzew i krzewów to naturalne środowisko lemurów katta... Może wreszcie je ujrzymy?

Najpierw miga wysoko w koronach drzew czarno-biała sifaka. Po przejściu kilkuset metrów natykamy się na polance na stadko lemurów katta ze sterczącymi w górę długimi, puszystymi ogonami, pokrytymi na przemian białymi i czarnymi futrzanymi obrączkami. Są ok. 30 m od nas, możemy więc dokładnie im się przyjrzeć i zrobić zdjęcia. Kiedy próbujemy się zbliżyć, oddalają się i nikną między drzewami. Zagłębiamy się dalej w las i znowu je spotykamy - siedzą na gałęziach i zjadają liście. Patrzą na nas z góry, nie przerywając posiłku.

Zobaczyliśmy więc już dwa spośród czterech gatunków lemurów żyjących w Isalo. Kiedy wracamy już do parkingu, na ścieżkę wychodzi lemur płowy, siada i przygląda się nam niesamowicie smutnymi oczami.

Tuleauru

Przedostatni etap podróży prowadzi do Tuleauru, miasta na południowo-zachodnim krańcu Madagaskaru. Krajobraz zmienia się radykalnie. Jedziemy przez wypalone słońcem półpustynne tereny. Wokół czerwień laterytu i aloesy, wilczomlecze, kaktusowate, pokryte długimi kolcami didierery. Pojawiają się też olbrzymie baobaby - spośród ośmiu gatunków istniejących na świecie sześć rośnie tylko na Madagaskarze. Najstarsze mogą mieć nawet 2 tys. lat. Ich gigantycznie rozdęte pnie mieszczą w gąbczastym wnętrzu kilka tysięcy litrów wody, a są tak twarde, że niegroźny jest im pożar buszu. To bardzo pożyteczne drzewa: z liści zawierających dużo witaminy C (sześciokrotnie więcej niż pomarańcze) sporządza się sałatki, z nasion tłoczy się olej, ale można je również spożywać na surowo lub pieczone. Łupinami owoców karmi się zwierzęta, z włókien kory wyrabia się sznurki, wyplata koszyki, kapelusze, sieci, tratwy, struny do instrumentów muzycznych. Teraz, w porze suchej, baobaby wyglądają, jakby rosły do góry korzeniami. Damian twierdzi, że to diabły posadziły je w ten sposób, by mieć w piekle zielony las...

Mieszkańcy mijanych wsi należą do plemienia Mahafali. Ich przodkowie przybyli tu z Afryki ok. tysiąca lat temu. Mimo kłopotów z nawodnieniem pól uprawiają bataty, maniok i proso, hodują kozy i krowy zebu. Mieszkają w chatkach z trzciny i liści palmowych. Za to zmarłym budują murowane, monumentalne grobowce, zdobiąc je jaskrawymi malowidłami ze scenami z ich życia.

W Tuleaurze zatrzymujemy się na obiad, a potem jedziemy jeszcze 4 godz. niezwykle wyboistą drogą do wioski Itafy na brzegu Oceanu Indyjskiego. W Hotelu de la Plage, prowadzonym przez Francuzkę i jej syna, spędzamy ostatnie dwa dni na Madagaskarze. Nie uganiamy się już za lemurami. Pływamy w oceanie, zbieramy muszle, fotografujemy ptaki i motyle w hotelowym ogrodzie pełnym kwiatów (również endemicznych) i zachwycamy się zachodami słońca.



Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Komentarze (2)
Madagaskar. W pogoni za lemurami
Zaloguj się
  • azafady

    0

    Organizacja Azafady pomaga chronić lemury i dba o środowisko na Madagaskarze: madagascar.co.uk/projects/environment
    Projekty środowiskowe Azafady dbają o gatunki i obszary zagrożone, w regionie południowo-wschodniego Madagaskaru. Nasz zespół zapalonych ekologów i wolontariuszy prowadzi działania, mające celu ochronę różnych zagrożonych gatunków zwierząt.
    Zapraszamy do śledzenia nas na facebooku- www.facebook.com/AzafadyMadagascar

  • iwenhow

    0

    Latające lemury:
    www.animal-planet.org/pl/image/1629/6960/

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX