Polska. Bieszczady z wody. Rejs Soliną

Są miejsca w Bieszczadach dostępne tylko z wody...
Po całodziennej podróży samochodem z Poznania docieramy do Polańczyka. Tam przeprawa promowa na Dużą Wyspę i przejmowanie maka 606. Żaglówka będzie naszym domem i środkiem transportu przez cały tydzień.

Rano opuszczamy wyspę i za radą miejscowych na pierwszy kurs bierzemy malowniczą i bardziej dziką zatokę Sanu. W całej okazałości widać centrum wypoczynkowe nazwane Wyspą Energetyk. Wędkarze, żeglarze i kochający przyrodę znajdą tu coś dla siebie: sosnowe lasy z dużą domieszką brzóz, ukwiecone łąki i piaszczyste, a czasami skaliste plaże. Naprzeciwko, na cyplu na stokach Jawora (741 m n.p.m.) łagodnie opadających ku brzegom Soliny, otoczony lasami wojskowy ośrodek wypoczynkowy Jawor. Ze wzruszeniem wspominamy czasy, kiedy znajdował się tu jedyny w okolicy ogólnie dostępny telefon stacjonarny...

***

Wypływamy na szerokie wody Soliny i bierzemy kurs na Zatokę Teleśnicką naprzeciw półwyspu Niespodzianka. Jest upalnie, kąpiemy się w szmaragdowej wodzie, kiedy tylko się da. Późnym popołudniem największą atrakcją są rejsiki na pontonie "Sea Spirit" zwanym przez nas pieszczotliwie "Duszkiem". Wczesnym rankiem, przy zamglonym słońcu i szkwalistym wietrze wchodzimy do Zatoki Teleśnickiej. Słychać pomrukiwanie burzy, zaczyna padać. Dobijamy, cumujemy i schodzimy na ląd. Teraz spacerek do wsi Dolny Koniec przed Teleśnicą Oszwarową, gdzie zatrzymujemy się na obiad (smażony pstrąg) i robimy zakupy.

Z Zatoki wychodzimy na foku, ale już niewiele udaje się przepłynąć. Na noc cumujemy na Półwyspie Brossa, nieopodal jednego z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Kiedyś w sadybie Brossa witał nas piękny nowofundland i trzy koniki. Gospodarstwo zachowało swój "dziki" charakter - w traperskich chatach prąd wyłączany jest o godz. 23, bo pochodzi z agregatu. Można skorzystać z internetu, ale używanie telewizora nie jest mile widziane (choć są w każdym domku).

Patrzymy stąd na Wyspę Skalistą i jej zróżnicowaną linię brzegową. Od strony wschodniej brzeg jest trudno dostępnym stromym urwiskiem, od zachodniej to piaszczysto-żwirowa malutka plaża. Wyspa najpiękniej prezentuje się w promieniach zachodzącego słońca. Przepyszny to widok, zakłócony myślą, że pod wodą Zalewu zatopiona jest wieś...

Z wieczornych opowieści naszego gospodarza Krzysztofa Brossa dowiadujemy się, że Teleśnicę Sannę, wieś z początku XVI w., zatopiły spiętrzone wody Sanu. W latach 20. XX w. liczyła niewiele ponad 700 mieszkańców. Znajdowała się tu XIX-wieczna cerkiew, którą rozebrano w latach 50. Kiedy przestaje padać i zaczyna trochę wiać, odbijamy, biorąc kurs na Drzewo Wisielca - suchy dąb wystający z wody, jakby strzegący tych terenów. Trzeba bardzo uważać, bo przed nami Martwy Las - kolejny zatopiony teren wokół wsi Horodek.

Dobijamy do Pustelni pod Dębem. W brzozowym lesie, bez prądu i wody, żyje najprawdziwszy pustelnik pan Julek, który przed laty przywędrował tu na wakacje z Olsztyna i wybudował pustelnię. Informuje o tym napis wyryty na nieheblowanej desce zawieszonej między brzozami. Mamy nadzieję na spotkanie podobno największej legendy Bieszczad. Niestety, nikogo nie ma, tylko leżąca w widocznym miejscu księga pamiątkowa zachęca do poczytania i wpisania się.

Za pozwoleniem zostawionym na kartce zaglądamy w najskrytsze zakamarki tego niezwykłego miejsca. Pełno tu butelek i słoików, każda rzecz ma swoje przeznaczenie. Robimy zdjęcia i z żalem odpływamy. Flauta ogranicza nasze żeglarskie możliwości, więc po przepagajowaniu Zatoki Węża, cumujemy na cyplu u jej ujścia.

***

Po bardzo zimnej nocy nastał piękny poranek z mgiełkami nad lasem. Wieje, co pozwala nam przepłynąć na jednym halsie całą zatokę Potoku Czarnego aż po Chrewt. Do przewężenia, zwanego Bramą Bieszczad, wchodzimy na pełnych żaglach. Przed dziobem naszej łajby otwiera się widok na jej wysokie brzegi zamknięte zabudowaniami Chrewtu. Sporo miejsc na zakupy, można też zjeść smażone ryby i pierogi.

Korzystając z wiatru, zaglądamy do krętej Zatoki Rajskie. Ale udaje nam się pokonać tylko dwa pierwsze "esy", po czym zawracamy. Na kolejny nocleg cofamy się do Zatoki Victoriniego. Cumujemy w pobliżu osady Sokole, gdzie przed kilkudziesięciu laty jako pierwszy po wojnie osiedlił się Henryk Victorini. Ścieżynką wśród malin idziemy do lasu, aż do niebieskiego szlaku, skąd szybko wyganiają nas bliżej niezidentyfikowane ponure ryki, którym odpowiada ujadanie wszystkich psów w okolicy. Robi się na tyle niebezpiecznie, że rezygnujemy ze śpiewów przy gitarze i idziemy spać.

***

Od rana upał, na Solinie flauta. Dobry dzień na wizytę u pana Victoriniego. Na pagajach wpływamy w głąb uroczej zatoki. Pieszo udajemy się do gospodarstwa, skąd wyprasza nas niemiła dziewczyna. Tak więc kolejnej legendy Bieszczad nie udało się spotkać. Od ratownika bieszczadzkiej grupy GOPR dowiedziałam się ostatnio, że pan Victorini sprzedał gospodarstwo dwa, może trzy lata temu i zamieszkał razem z bratem gdzieś w okolicy. Do dziś nikt się tam nie osiedlił.

Wracamy na jacht i znowu na pagajach suniemy do ujścia zatoki, gdzie honor żeglarski każe nam postawić żagle. Siłą woli (wiatru nadal nie ma) płyniemy w kierunku Jawora. Cumujemy na zachodnim brzegu Wyspy Skalistej na trzecią kąpiel tego dusznego dnia. Na noc zaś zatrzymujemy się naprzeciw półwyspu Niespodzianka, niedaleko Jawora. Po kolacji próbujemy rozpalić ognisko, ale ledwo się tli.

Kolejny poranek jest pochmurny, ale wietrzny. Dobijamy do przystani Przy Jaworze, idziemy na lody, no i robi się flauta. Odchodzimy jednak, po godzinie łapiemy wiaterek w żagle, dopływamy do macierzystej Wyspy Dużej na wysokości Łokcia (435 m n.p.m.) i bierzemy kurs na Zalew Solinki. O ile zatoka Sanu ma bardziej dziki i bezludny charakter, o tyle nad Zatoką Solinki jest bardziej cywilizowanie. Wzdłuż brzegów biegnie mała obwodnica bieszczadzka, do której dochodzą zabudowania Wołkowyi, Polańczyka i Zawózu. Ta ostatnia miejscowość leży na malowniczym cyplu. Gdy ją mijamy, znowu pojawiają się zabudowania i pola uprawne.

Na nocleg wracamy w okolice Polańczyka, a wieczorem planujemy pożegnalne ognisko z Soliną.

Czeka nas pracowity dzień. Trochę na pagajach, a potem na żaglach przepływamy wokół wyspy do przystani, gdzie przed zdaniem jachtu robimy klar.

Nie żegnamy się jednak z Bieszczadami. Przed nami tydzień ścieżkami wśród połonin. Na początek trasa z Ustrzyk Górnych, przez Wielką i Małą Rawkę, aż na Przełęcz Wyżniańską.



Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Komentarze (2)
Polska. Bieszczady z wody. Rejs Soliną
Zaloguj się
  • Gość: gfqpzuvhjpx

    0

    Tuxpmc , \[url=http://fevocgvsfuqw.com/]fevocgvsfuqw[/url], [link=http://yiwnzrjjmvmp.com/]yiwnzrjjmvmp[/link], http://zidemjrtdeak.com/

  • Gość: oidzkotdp

    0

    3dCSQw <a href="http://pneyoxwojkty.com/">pneyoxwojkty</a>

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX