Maroko. Uroki Maroka. Casablanca, Fez, Marrakesz, As-Sawira...

Zgrzebny mur czy niepozorna brama kryją wnętrza jak z ?Baśni z tysiąca i jednej nocy?
"Maroko jest jak drzewo o korzeniach tkwiących w Afryce i gałęziach chylących się ku Europie" - mówi w filmie dokumentalnym Anne Sinclair, francuska dziennikarka, właścicielka rezydencji w Marrakeszu (filmu nie widziałam, cytat powtarzam za znajomym Marokańczykiem). Po prześledzeniu życiorysów wielu przedstawicieli zachodnich elit, można by dojść do wniosku, że jest zupełnie na odwrót...

Maroko jest mekką artystów od bez mała 200 lat. Modę nań (i w ogóle na Orient) zapoczątkował francuski malarz romantyk Eugene Delacroix. W 1832 r. odbył kilkumiesięczną podróż po Maroku i Algierii, odkrywając nowe tematy, postaci, kolory, światło. W jego ślady poszły pokolenia artystów: malarzy, reżyserów, pisarzy, kreatorów mody. Fowista Henri Matisse dwukrotnie przyjechał do Maroka w poszukiwaniu idealnego światła. Orson Welles nakręcił tu "Otella", a Alfred Hitchcock - "Człowieka, który wiedział za dużo". Amerykański pisarz i kompozytor Paul Bowles przez ponad 50 lat mieszkał w Tangerze, gdzie zmarł w 1999 r. I właśnie w Maroku umiejscowił akcję swojej najsłynniejszej powieści "Pod osłoną nieba" sfilmowanej w 1990 r. przez Bernarda Bertolucciego. W latach 50. i 60. ciągnęli tu amerykańscy bitnicy: Jack Kerouac, Allen Ginsberg, William Burroughs. Ten ostatni stworzył w Tangerze skandalizujący, pisany w narkotycznym transie "Nagi lunch", jeden z literackich manifestów tego nurtu.

Nawet niewprawne oko dostrzeże marokańskie inspiracje w projektach Yves Saint-Laurenta. "Marrakesz przemawia do wszystkich zmysłów" - powiedział o mieście, w którym pomieszkiwał od 1966 r. W 1968 r. przeniósł się tu z Paryża fryzjer, fotograf i wizażysta Serge Lutens, by zająć się produkcją perfum (jest ponoć jedynym na świecie ich twórcą, który nie musi się reklamować). W wywiadzie dla serwisu France24.com wyznał, że gdyby nie Maroko, nigdy nie stworzyłby perfum: "Dwie rzeczy mnie tu zaskoczyły - życzliwość i zapach. Przyjemne wonie - przypraw, ziół, drewna - są wszechobecne. Złapałem się na wypełnianiu szkatułek pachnącymi drobiazgami. Gdybym tylko mógł robić to samo z uśmiechami...".

Na początek Casablanca

To będzie moja pierwsza podróż do Maroka. Na napełnienie swojej szkatułki jego kolorami, zapachami i smakami mam tylko tydzień, ale coś przecież trzeba zostawić na następny raz! Na początek Casablanca - pomost między Europą a Afryką. Czuję się tak, jakbym jedną nogą wciąż tkwiła na Starym Kontynencie: szerokie bulwary, białe (nomen omen) kamienice w stylu art déco, kościoły i synagogi, upstrzone parasolami plaże, świetne owoce morza, białe wino Ait Souala i najlepsza włoska kawa Illy w restauracji Ostréa. Powiało wielkim światem...

Kwitnie życie kawiarniane, choć nad kawą i miętową herbatą przesiadują wyłącznie mężczyźni. Za to kobiety dość swobodnie podchodzą do kwestii ubioru - niektóre zrzuciły chusty i dżelaby na rzecz mini i bluzek odsłaniających ramiona i dekolt. Największe miasto Maghrebu (3,3 mln mieszkańców) powiększy się niebawem o Marinę - enklawę luksusu nad brzegiem Atlantyku z hotelami, centrami biznesu i handlu, parkiem, gigantycznym akwarium i portem dla jachtów (wizualizacje można znaleźć w internecie).

Z takim samym rozmachem wzniesiono w 1993 r. najsłynniejszą budowlę Casablanki - meczet Hasana II, trzeci pod względem wielkości po Mekce i Medynie. Sala modlitewna wraz z dziedzińcem pomieści ponad 100 tys. osób. 210-metrowy minaret jest najwyższy na świecie. Świątynia stoi na cyplu oblewanym z trzech stron przez ocean; przez otwierany dach widać nieboskłon. Dzięki temu zgodnie z życzeniem pomysłodawcy króla Hasana II wierni mogą kontemplować boże dzieła - wodę i niebo. Ogrom budowli nieco przytłacza, ale jego wyważona kolorystyka jest miła oku. Ściany mają kolor piasku, w okładzinach z ceramicznych płytek pierwsze skrzypce grają zieleń i błękit. Panuje tu niezobowiązująca aura, którą odnajdziemy we wszystkich meczetach na świecie: niektórzy, zamiast się modlić, drzemią w cieniu, wysyłają SMS-y, plotkują ze znajomymi...

Serce każdego arabskiego miasta bije w medynie. W Casablance jej rolę odgrywa zbudowana przez Francuzów w latach 20. XX w. tzw. nowa medyna - Quartier Habous. Podobają mi się jej niskie domy o bielonych ścianach i wąskie uliczki. Jedną z nich pędzi chłopak z blaszaną tacą, na niej szklaneczki i czajniczek, z którego sterczą gałązki świeżej mięty (miętową herbatę miejscowi nazywają marokańską whisky). Na niewielkim placu w zaułku rozłożył się oliwkowy targ. Piętrzą się kopczyki zielonych, czerwonych i czarnych oliwek - sauté lub z dodatkami. Nie zdążyliśmy mrugnąć, a już ktoś wręczył nam pełną torebkę...

Rabat

Architektura marokańskich medyn zdradza rozmaite wpływy - berberskie, arabskie, andaluzyjskie, francuskie. Wiele z nich ma też swój dominujący kolor: Fez jest piaskowo-żółty, Marrakesz - czerwony, As-Sawira - biało-niebieska. Podobnie Rabat, a ściślej - jego XII-wieczna kazba Al-Udaja, obronna osada w północno-wschodnim rogu medyny. Białe mury, niebieskie drzwi i okiennice oraz donice z kwiatami przywodzą na myśl andaluzyjskie miasteczka.

Rabat (1,8 mln mieszkańców) to stolica monarchii, wypada więc zobaczyć pałac królewski. Beztrosko maszerujemy ku bramie, a tu - stop! Strażnicy nie pozwalają zanadto się zbliżać! Król ma kilka pałaców w większych miastach, można je zwiedzać 11 stycznia - w dzień otwartych drzwi. Panujący obecnie Muhammad VI to 29. władca z dynastii Alawitów. Uchodzi za postępowego - jest monogamistą i nie ukrywa przed światem, jak poprzednicy, swojej żony Lalli Salmy Bennani. Jego ojciec Hasan II i dziadek Muhammad V spoczywają w śnieżnobiałym mauzoleum pilnowanym przez srogich strażników w paradnych strojach. Na onyksowe nagrobki można spojrzeć z góry, z otaczającej salę galeryjki.

Fez

Pałace i mauzolea to jednak nie mój żywioł, więc cieszę się, że dobijamy wreszcie do Fezu. Dochodzi godz. 22, a na termometrze - nie do wiary - 37 stopni! (jest koniec czerwca). Co będzie w dzień?

Fez to jedno z najcudowniejszych miast świata islamskiego, a jego klejnotem jest medyna (założona w VIII w., w 1981 r. wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Rankiem oglądamy ją z jednego ze wzgórz otaczających miasto. Jej kolor przywodzi na myśl ciepłe, przesycone żółcią obrazy Delacroix sprzed dwóch wieków.

Islamska architektura z jej meczetami, bazarami, ogrodami i fontannami to mój konik, a niekwestionowanym numerem jeden jest dla mnie Iran. Maroko okazało się drugą fascynującą odsłoną. Pierwsza różnica: w zbitej masie domów zamiast kopuł i krągłych minaretów pokrytych od góry do dołu ceramicznymi kaflami widzę dwuspadowe bądź namiotowe dachy kryte zieloną dachówką i czworokątne wieże - z surowego kamienia lub dyskretnie ozdobione zielonymi płytkami. Z daleka wydają się ascetyczne i kanciaste, ale z bliska...

W islamie budowle - zarówno świątynie i pałace, jak i zwykłe domy - mają orientację dośrodkową. Okna zawsze wychodzą na wewnętrzny dziedziniec, a zgrzebny mur czy niepozorna brama mogą kryć wnętrza jak z "Baśni z tysiąca i jednej nocy". To, co najpiękniejsze, skrzętnie schowane jest przed wzrokiem postronnych. Powodów jest wiele: pragnienie intymności, niechęć do epatowania bogactwem, unikanie "złego oka" powodowanego zazdrością.

Nie pozostaje nic innego, jak pójść za radą Paula Bowlesa i... dać nura w medynę, "uwalać stopy kurzem, poczuć zapach rozpalonych glinianych murów" ("Journey through Morocco", www.paulbowles.org).

Jeszcze tylko kilka liczb. Przeludniona medyna liczy 250 tys. mieszkańców - co najmniej dwa razy za dużo. To 9,4 tys. uliczek, 10 572 zabytkowe budynki (w tym 185 meczetów), 70 publicznych fontann, 1,4 tys. osłów (główny środek transportu, dla samochodów nie ma tu miejsca). Większość budowli - meczetów, medres, grobowców, pałaców, funduków - pochodzi z XIII-XV w., wiele zachowało oryginalną formę i przeznaczenie. Także styl życia, rzemiosło i zawody trwają niezmienione.

Opisanie tego tygla, nie mówiąc o zrozumieniu panujących w nim zasad, jest zadaniem niewykonalnym. Mogę tylko chodzić, patrzeć i zachwycać się bez końca...

Meczety, w tym słynny Al-Karawijjin z 859 r., przy którym założono (w tym samym roku) najstarszy uniwersytet na świecie, możemy oglądać tylko z zewnątrz. Wstępujemy więc do medresy Szerattin, by zachwycić się majolikowymi mozaikami zellidż, płaskorzeźbami w stiuku i kamieniu, koronkowymi balustradami, okiennicami, a nawet całymi sufitami wydzierganymi w cedrowym drewnie.

Tyle się tu dzieje, każdy jest czymś zajęty. Maleńkie sklepiki i warsztaty dziedziczone pewnie z pokolenia na pokolenie pracują pełną parą.

Za uchylonymi drzwiami odkrywamy publiczną piekarnię z piecem buzującym żywym ogniem. Przy osmalonej jamie stoi piekarz i na drewnianej łopacie wyciąga rumiane buły z sezamem i płaskie chlebki pita. Z pieca korzysta wiele rodzin, ale wypieki są znakowane, więc nie ma pomyłek przy odbiorze.

Potem sklep z wyrobami skórzanymi i pocztówkowym widokiem na garbarnię. Jest ich w Fezie wiele, mieszczą się na wewnętrznych dziedzińcach otoczonych pierścieniem domów. Żeby je zobaczyć, trzeba wejść na piętro sklepu. Skóry - jak przed wiekami - nurza się w krowim moczu i gołębim guanie. Tylko naturalne barwniki, indygo czy kurkumę, zastąpiono sztucznymi. Wypełnione nimi kadzie wyglądają jak paleta malarza.

Obchodzimy kilka suków, każdy o innej specjalności (kosmetyki, tkaniny, dywany, meble). Przy sklepach działają pokazowe warsztaty - niech się klient nie obawia, że towary pochodzą z Chin. Ale suk to pułapka, można w nim stracić głowę. Przekonałam się o tym, trawiąc kilka godzin przy kramie z ceramiką. Opuściłam go z kobaltową cukiernicą oplecioną srebrną koronką oraz zielonymi i turkusowymi kubkami i miskami, których wcale nie potrzebuję. Mam wielką ochotę na babouches - tradycyjne skórzane pantofle ze spiczastym noskiem - ale roztropnie ograniczam się do ich fotografowania. Za to maluję sobie dłonie henną!

Po południu zrywa się bardzo gorący wiatr, zasypuje medynę piaskiem i kurzem. Przez cały dzień było upalnie, ale teraz czuję się tak, jakbym zstąpiła do piekieł. Najlepszym zakończeniem dnia będzie kolacja w riadzie El-Amine (www.riadelaminefes.com ). W jego chłodnych wnętrzach, sącząc zimne wino, odzyskujemy siły.

Riady, czyli stare domy zamienione na kameralne hotele i pensjonaty, to jeden z pomysłów na rewitalizację wiekowych medyn. Wiele z nich stało się prywatnymi rezydencjami bogatych Europejczyków, którzy upodobali sobie zwłaszcza Marrakesz (swoje riady mają tu m.in.: małżeństwo Anne Sinclair i Dominique Strauss-Kahn, Patrick Hermes, Serge Lutens). Są świetną, choć nietanią, alternatywą dla zwykłych hoteli. Urządzone zgodnie z zasadami tradycyjnej sztuki dekoratorskiej oferują też doskonałą domową kuchnię.

Na początek chłodna, pachnąca jaśminem zupa z surowej tartej marchwi podlanej świeżym sokiem pomarańczowym (intrygująca!). Dalej warzywa na ciepło: bób, soczewica, cukinia, papryka, okra (moja ulubiona!) - pachnące, obficie przyprawione czosnkiem, zieloną pietruszką, kolendrą, kminkiem i pieprzem. Pasta z dyni z sezamem i cynamonem. Smażone pierożki z grzybami. Delikatne kalmary z glazurowaną marchewką. A na deser płaty chrupiącego ciasta przełożone delikatnym budyniowatym kremem. Palce lizać!

Marrakesz. Plac Dżemaa el-Fna

Medyna w Fezie zabudowana jest tak gęsto, że nie da się wcisnąć szpilki. Za to w sercu tej marrakeskiej wyrasta olbrzymi plac Dżemaa el-Fna. Zmierzamy w jego kierunku, zahaczając o XII-wieczny meczet Kutubijja. Jego 77-metrowy kamienny minaret zwieńczony czterema złocistymi kulami uchodzi za modelowy - wzorowali się na nim budowniczowie Wieży Hassana w Rabacie oraz Giraldy w Sewilli.

W letni dzień Dżemaa el-Fna zmienia się w patelnię i nie da się tu długo wytrzymać - na termometrze 47 stopni! Chronimy się więc w zacienionych uliczkach pobliskiej medyny (założonej w XI w., od 1985 r. na Liście UNESCO). Muchtar, nasz tutejszy cicerone, ciekawie opowiada o architekturze. Z zewnątrz nie widać, czy dom jest biedny czy bogaty, całe piękno kryje się w środku (to już wiemy). W rogu drzwi jest miejsce na talizman przeciw złym duchom i urokom. Mają one dwie wydające różne dźwięki kołatki - dolną dla członków rodziny i górną dla gości (żeby nie musieli zsiadać z mułów). Zawieszone nisko między murami ostrołuki miały zatrzymywać najeźdźców na koniach. A oto skromne mauzoleum XIV-wiecznego uzdrowiciela, który leczył choroby oczu. Wciąż pielgrzymują doń chorzy, jako wota zostawiając kłódki (mała - mały problem, duża - duży).

Tutejszy suk jest największy w Maroku (sam Marrakesz liczy 920 tys. mieszkańców). Wedle słów Muchtara składa się nań 9 km alejek handlowych i blisko 11 tys. sklepów. Sprzedawcy w mig się orientują, skąd jesteśmy, i raczą nas tekstami w rodzaju "taniej niż w Biedronce", "spoko Maroko", "Pudzianowski", "Boniek", "Lato", a nawet "Robert Makłowicz". Jeden z takich poliglotów wciąga nas do "berberskiej apteki". Wreszcie mogę poczuć się jak Serge Lutens! Sprzedawca podsuwa pod nos tradycyjne arabskie pachnidła - piżmo i ambrę, suszoną miętę, korzeń żeń-szenia, oleje do masażu i krem arganowy. Argania (drzewo żelazne) to tutejszy endemit, z jego nasion pozyskuje się cenny olej o walorach spożywczych i kosmetycznych (kupiony na lotnisku krem okaże się rewelacyjny!).

W średniowiecznym Marrakeszu było ponoć blisko 50 ogrodów, dziś zostało kilkanaście. Obok tych wiekowych, jak Menara czy Agdal (XII w.), warto zobaczyć Majorelle, zaprojektowany w 1924 r. przez francuskiego malarza Jacques'a Majorelle'a. W latach 80. XX w. kupili go i odrestaurowali Yves Saint-Laurent i Pierre Bergé. Rosną tu kaktusy, juki, lilie wodne, jaśmin i bugenwille, jest muzeum sztuki islamskiej. Ściany, fragmenty posadzek i donice są w intensywnym, wpadającym w fiolet odcieniu niebieskiego, który na cześć artysty nazwano bleu Majorelle.

"Poszliśmy do kafejki w sercu medyny - pisał w 1963 r. Paul Bowles. - Usiedliśmy na dachu na matach i poduszkach, sącząc miętową herbatę i delektując się chłodnym powietrzem. Dopiero północ rozprasza skumulowany za dnia żar". Wszystko się zgadza, nie dostaliśmy tylko poduszek...

Z dachu kafejki patrzymy na rozświetlony i roztańczony plac Dżemaa el-Fna. Wraz z zapadnięciem ciemności przybywają nań opowiadacze bajek, wróżbici, akrobaci i muzycy ze wszystkich zakątków Afryki. Zewsząd dobiegają gorące, frenetyczne rytmy - wybijane na bębnach, wytupywane, wyklaskiwane. Niebo spowija gryzący dym z niezliczonych knajpek i garkuchni. Sprzedawcy proponują wszelkie dobra - od waty cukrowej po haszysz (tego ostatniego kupować nie radzę, w razie wpadki niechybnie wylądujemy w więzieniu).

Wiele razy słyszałam, że plac Dżemaa el-Fna jest przereklamowany. Dla mnie był wyjątkowy - spontaniczny i prawdziwy.

As-Sawira

Pojechać z Marrakeszu do As-Sawiry to jak przenieść się na inną planetę. Miasteczko wita nas chłodną bryzą znad oceanu. Nad głowami latają rozkrzyczane mewy. As-Sawira szczyci się XVIII-wieczną ufortyfikowaną medyną (od 2001 r. na liście UNESCO) oraz imponującymi wałami obronnymi zwanymi Scala. A także słynnymi na cały kraj wyrobami z rzadkiego i cennego drewna tujowego (do kupienia na suku).

Pierścień piaskowych murów obejmuje stare miasto z zaskakująco regularnie poprowadzonymi ulicami i białymi domami o masywnych ścianach i małych oknach. Drzwi, okienne ramy i okiennice maluje się na niebiesko. Na progach i pod ścianami wylegują się wszędobylskie koty. W kafejkach przesiadują muzycy z dredami - przed paroma dniami zakończył się coroczny festiwal muzyki gnawa.

Przy nadmorskiej promenadzie kuszą knajpki ze świeżymi owocami morza, ale my udajemy się obiad do riadu Dar L'Oussia (www.darloussia.com ). Kameralny hotel z wewnętrznym dziedzińcem studnią urządzono w dawnym funduku. Cieszę się nie tylko na dobre jedzenie, ale przede wszystkim na spotkanie z dyrektorem. Alain Budzyk urodził się we Francji, ale jego dziadkowie byli Polakami. Przez 15 lat mieszkał w Polsce, szefując telewizji Canal Plus. Świetnie mówi po polsku i w tym języku opowiada nam o marokańskiej kuchni w restauracji na dachu z boskim widokiem na ocean: "Tażin długo się rozgrzewa się i długo trzyma ciepło, danie gotuje się wolniutko w gorącej parze, smaki mieszają się i przenikają...".

Jaka szkoda, że to już koniec naszej marokańskiej przygody!

Maroko na targach

Krajem partnerskim XIX Międzynarodowych Targów Turystycznych TT Warsaw jest Maroko. Odbędą się one od 22 do 24 września w Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska przy ul. Marsa 56c w Warszawie. Marokańskie Narodowe Biuro Turystyki będzie zachęcać do odwiedzenia m.in. czterech królewskich miast: Rabatu, Marrakeszu, Meknesu i Fezu, a także Casablanki i Agadiru. Będzie można spróbować narodowych potraw.

Oficjalna strona Maroka: www.visitmorocco.com



Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej