Półkruche
ciasto (jeśli zamawiających było stać - słodzone) formowała w rozmaite kształty: podków, listków, żołędzi, róż, kasztanów, ptaszków, miniwianków, kogucików - symboli odwiecznych, dziedziczonych od pokoleń. Gotowe wypieki swaszka, czyli starościna weselna, pakowała do koszy. Kiedy orszak weselny mijał ludzi, rozrzucała je hojną ręką. Chętnie łapały je i
dzieci, i dorośli. Szyszka smakowała wybornie jako deser do zbożowej kawy zabielanej mlekiem. Z czasem szyszki wyszły z mody. A może zabrakło sprawnych piekarek potrafiących je formować i upiec?
Pani Adela Paulina Filip z Chmielnika pięknie snuje opowieści o szyszkach, a także o kołaczach. To takie drożdżowe cudo na jajkach, z rodzynkami, pieczone jak bułka w okrągłej formie, ozdabiane kilkunastocentymetrową drucianą koroną obwieszoną kolorowymi cukierkami, orzechami, ciastkami amoniaczkami, piernikami z odpustu, koralami z jarzębiny i jabłkami. Na szczycie obowiązkowo musiała siedzieć kura z pisklętami.
Pani Adela, chmielniczanka z rodu zacnego (ojciec z wujkami muzykowali, mama, siostry i ciotki to śpiewaczki niezrównane), o szyszkach i kołaczach wie wszystko. Robiła je od najmłodszych lat, nawet wtedy, gdy zajęła się organizowaniem i prowadzeniem zespołów ludowych. Niejedno muzeum skorzystało z jej fachowości i niejeden etnograf wypytał ją do cna.
Po wizycie w Chmielniku została mi garść szyszek, w tym jedna szara, nieefektowna, ale - zdaniem pani Adeli - najbardziej tradycyjna. I wspomnienie ciepłe
***
Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej