Połowa czerwca, tydzień przed wakacjami. To ostatni moment, by pobyć z Krutynią sam na sam, zanim pojawią się tłumy.
Wodujemy kajaki w Jędrychowie nad jeziorem Lampasz, 2,5 km w dół rzeki od Sorkwit, w których zaczyna spływ większość kajakarzy. 2 km dalej, w miejscu, w którym kończy się Lampasz, a zaczyna urokliwy odcinek Krutyni nazywany Sobiepanką, niegdyś można było odpocząć na łące; dziś to teren prywatny.
Sobiepanka jest płytka, sięga co najwyżej do łydek (podczas suszy trzeba ciągnąć kajaki, warto mieć pod ręką cumkę). 500-metrowy odcinek rzeczki najpiękniej wygląda w słońcu - mieniące się kamienie, ryby i zwieszające się do wody gałęzie. Pokonujemy jeziora Kujno oraz Dłużec i już wpływamy na Białe, które przy silnym, zwłaszcza bocznym, wietrze może nieźle dać w kość. Rozbijamy się na prywatnej wyspie. Jest sławojka i stolik, ale - jak na skromne warunki - i tak drogo (12 zł/os.). Za nami 12 km.
Szlak Krutyni Opuszczając nazajutrz wyspę, trzymamy się prawego brzegu jeziora. W oddali stanica wodna Bieńki. Kilkaset metrów za nią wypływ Krutyni (Uwaga! Mapy mogą zmylić, bo pierwszy za Bieńkami wypływ to Piłakna). Jest tu już trochę szersza i głębsza, ale po chwili kolejne jezioro - Gant, jedno z moich ulubionych na szlaku. Niewielkie (2,7 km długości), ciche, ukryte w iglastych lasach. Ale bez miejsc biwakowych.
I znów fragment rzeki (Uwaga! Po kilometrze od wypływu z jeziora należy trzymać się głównego nurtu; odbijając w prawo, opuścimy szlak). Do stanicy w Babiętach Krutynia płynie leniwie wśród trzcin, właściwie nie meandruje. Wreszcie na wysokim prawym brzegu pojawia się stanica. Mam do tego miejsca wyjątkowy sentyment. Pozbawione sanitariatów, ale przytulne domki, dobre jedzenie i lasy pełne jagód - tak zapamiętałam Babięta z dzieciństwa, kiedy tata zaprzyjaźniał mnie z kajakowaniem. Dziś straszą rozbite kafelki przy sanitariatach i chyba nigdy nieremontowane strome schodki prowadzące od wody w górę. W dodatku drogo (biwak - 15 zł/os.,
auto - 10 zł/doba, domek bez wody - 25 zł/doba + 7 za pościel, domek z prysznicem i toaletą - 40).
Lekko meandrującą Krutynią dopływamy do jeziora Zyzdrój Wielki. Wita nas mordewind i wysoka fala. Jeszcze 2 km, byle dotrzeć do Wyspy Miłości (tak nazwano ją w przewodniku, choć nigdy wcześniej - a płynęłam Krutynią już sześć razy - nie słyszałam tej nazwy). To najpiękniejsza z wysp na wszystkich znanych mi szlakach kajakowych. Piaszczysta plaża, idealne wejście do wody, wysoki brzeg (doskonały punkt widokowy), las sosnowy, sporo miejsca na namioty i ukryta w drzewach sławojka. W dodatku nikt nie pobiera opłat. Spędzimy tu cały następny dzień. Tym bardziej że jesteśmy sami. Nasza piątka przepłynęła dziś 18 km.
*** Zyzdrój Wielki przechodzi w Zyzdrój Mały zakończony 80-metrową, wygodną przenoską. Potem 3 km rzeką i już Spychowo. Licząca nieco ponad tysiąc mieszkańców wieś przed 1960 r. nosiła nazwę Pupy (od niem. Puppen - lalki). Na wniosek mieszkańców przemianowano ją na Spychowo. I choć nie ma nic wspólnego ze słynnym Jurandem, znajdziemy tu mnóstwo odniesień do tej postaci - m.in. w nazwie pubu i hoteliku.
Uzupełniamy zakupy, zaopatrujemy się w pyszne wędzone i smażone ryby i płyniemy dalej. Dziś dotrzemy do słynącego z wysokich fal jeziora Mokre (lokalna nazwa - Mukre).
Nocleg na polu namiotowym w stanicy Zgon, gdzie latem zwykł wypoczywać zmarły w 1987 r. pisarz Igor Neverly (13 zł/os., prysznic - 5, taczka drewna - 25). Na liczniku wybiło nam 14 km.
*** Kolejnego poranka z niepokojem obserwujemy, jak wzmaga się wiatr. Trudno! Za wiosła i w drogę. Po kilkunastu minutach ostrego wiosłowania atrakcja na prawym brzegu - leśno-torfowiskowy rezerwat Królewska Sosna chroniący starodrzew i trzy jeziorka z reliktową florą torfowisk wysokich. Sama sosna ma ok. 320 lat i 35 m wysokości, uschła w 1973 r. Jeszcze starszy jest stojący przy brzegu Dąb nad Mukrem im. Karola Małłka. Ten żywy wciąż okaz liczy sobie 420 lat i 520 cm w obwodzie pnia.
To nie koniec atrakcji przyrodniczych. Po ok. 6 km wiosłowania stajemy przy prawym brzegu. Ścieżka prowadząca od miejsca biwakowego z pomostem wiedzie nas do rezerwatu Zakręt chroniącego torfowiska i starodrzew. Dla mnie był to zawsze "rezerwat pływających wysp" - gdy wiał wiatr, po dystroficznych jeziorkach pływały osadzone na mchach brzózki. Dziś nie chcą się pokazać, "cumują" przy brzegu. Zaskakuje nas za to zapach torfowisk - bardzo przyjemny, dla niektórych podobny nawet do drogich
perfum. No i puchata wełnianka wąskolistna, która przypomina monstrualne dmuchawce.
Wracamy do kajaków, by pokonać ostatni kilometr Mokrego. Na jego końcu 15-metrowa, bardzo wygodna, dobrze przygotowana przenoska. Potem piękne i dzikie Jezioro Krutyńskie na terenie rezerwatu Krutynia, a na deser akwarium. Tak nazywam ten dwukilometrowy odcinek rzeki do stanicy Krutyń. To niewątpliwie jedna z największych atrakcji szlaku. Woda wprost przezroczysta, mnóstwo ryb i ptactwa, bujna podwodna roślinność, muszle, kamyki. Rzeka rozlewa się szeroko. Jest płytka, ale na tyle głęboka, by unieść pychówki - łódki pełne turystów (mnóstwo Niemców).
Docieramy do stanicy - jedynej na szlaku, której dzierżawca wykonał solidny remont. Odbija się to co prawda na cenach (biwak - 15 zł/os., dwójka z łazienką i TV - 70 zł, droga restauracja), ale obsługa jest miła, a miejsce schludne. I zadbane prysznice z ciepłą wodą (na żetony). Mamy za sobą 13,5 km.
*** Stanicę od założonej w XV w. wsi Krutyń dzieli kilkaset metrów. Im bliżej zabudowań, tym więcej pychówek płynących w górę rzeki. Dobijamy do brzegu przy moście i udajemy się ponownie do rezerwatu Zakręt. Tym razem chcemy zobaczyć Zakochaną Parę - liczący 160 lat dąb szypułkowy „przytula się” do 250-letniej sosny zwyczajnej i oplata ją gałęziami niczym ramionami. Po drodze mijamy liczący ponad 350 lat Dąb Bartny. Dawni hodowcy pszczół przystosowywali na barcie dziuple w starych, wysokich drzewach, zwłaszcza w sosnach i dębach. Na Bartnym do dziś wisi drabina. Niestety, pszczoły wymarzły podczas ostrej zimy 1978/79.
Płyniemy dalej. W Krutyńskim Piecku długa, 160-metrowa przenoska. Na szczęście przy młynie czekają panowie z wózkami, którzy za drobną opłatą przewożą kajaki z całym bagażem. 3 km dalej Krutynia - naprawdę już szeroka - malowniczo meandruje wśród łąk. W Wojnowie odbijamy w prawo (oznaczony wypływ) do klasztoru starowierów. Płyniemy gęsiego wąską strugą i po 800 m docieramy nad jezioro Duś. Kajaki zostawiamy na jego końcu, na plaży przy lewym brzegu.
Klasztor św. Trójcy i Zbawiciela otwiera nam opiekujący się budynkiem mieszkaniec sąsiedniego domostwa. To nieduża, zadbana (tak jak i pobliski cmentarz) świątynia z XIX w. - początkowo pustelnia, potem klasztor, filia słynnego ośrodka staroobrzędowego w Moskwie. Staroobrzędowcy, zwani także filiponami, nie uznali w XVII w. wprowadzonych w Rosyjskim Kościele Prawosławnym reform patriarchy Nikona. Prześladowani musieli emigrować. Na
Mazury dotarli w latach 20. XIX wieku. Niestety, dziś świątynia stoi pusta; ostatnia zakonnica zmarła w 2006 r.