Kruklanki - żubry na Mazurach

Tak już się utarło, że aby podziwiać żubry, należy pojechać do Białowieży. Ale żubry zobaczymy też w innych miejscach naszego kraju. Na przykład na Mazurach.


Między Giżyckiem i Węgorzewem należy skręcić w prawo zgodnie ze strzałką namalowaną na tablicy z żubrem, potem przejedziemy jeszcze przez wieś Kruklanki i po kilkunastu kilometrach wjedziemy do Puszczy Boreckiej.

Jesteśmy tutaj gośćmi w królestwie roślin i zwierząt. Wprawdzie do najcenniejszych fragmentów puszczy, jak i do położonego w samym środku rezerwatu ścisłego Borki nie mamy wstępu, ale na pewno nie będziemy zawiedzeni przyjazdem tutaj. Jeśli zdecydujemy się na odkrywanie puszczy na rowerze, warto zaopatrzyć się w bardziej szczegółową mapę. Drogi, najpierw asfaltowe, zamieniają się w piaszczyste lub brukowane, a oznakowania tras rowerowych czasami są nieczytelne.



Stop - żubr na drodze

Przy odrobinie szczęścia możemy zobaczyć orła bielika czy nawet bociana czarnego. W puszczy żyją też rysie i wilki. Jednak nieformalnym królem puszczy jest żubr. Stado złożone z około 60 sztuk biega tutaj na wolności. Może się więc zdarzyć, i to ponoć wcale nierzadko, że prosto przed nami na drogę wyjdzie żubr. Miejscowi przyzwyczajeni do odwiedzin żubrów na podwórkach zapewniają, że nie należy się jednak obawiać. Zwierzę samo ucieknie.

Jeśli nie udało nam się stanąć oko w oko z żubrem na którejś z leśnych dróg, to jeszcze nic straconego. Zwierzęta na pewno spotkamy przy leśniczówce Wolisko. Co roku latem kilka sztuk jest zamykanych w zagrodzie. Żubry możemy obserwować, stojąc na tarasie widokowym. Największe zainteresowanie wzbudza Pieszczoch ważący, jak na maskotkę przystało, ok. 800 kg. Jeszcze do niedawna chętnie wystawiał między deskami bramy potężny, kudłaty łeb z zakrzywionymi rogami, domagając się głaskania, a z wdzięczności lizał rękę. Teraz, na starość, potrafi się obrazić.

Żubry wyginęły na tych terenach w połowie XVIII wieku i dopiero po II wojnie światowej odtworzono stado. Najpierw przywieziono kilka z nich z Kaukazu, a potem wymieniono je na pobratymców z Białowieży. Jednym z badaczy żubrów i kierownikiem stacji był zmarły w 1999 roku Aleksander Stachurski. Pomnik poświęcony jego pamięci stoi przy leśniej drodze. A co do żubrów, to jest ich w puszczy tak dużo, że wydaje się zezwolenia na coroczny odstrzał kilku sztuk.



Najczystsze powietrze

W pobliżu leśniczówki otacza nas intensywny, przyjemny zapach drewna. Połowę lustra wody niewielkiego jeziora Wolisko pokrywają drewniane pnie. To binduga. W ten sposób leśnicy konserwują drewno powalone w dużych ilościach po przejściu nawałnic. Po kilku kilometrach, nieco w bok od drogi, skrył się olbrzymi głaz nazywany przez miejscowych Diabelskim. Podobno rzucił go diabeł rozwścieczony przegraną w karty. Aby tam trafić, należy przejść wąską ścieżką prowadzącą wśród gęstych krzaków. Na gładkiej powierzchni kamienia wyraźnie widać charakterystyczny odcisk czarciej dłoni.

Pewnie to ten sam diabeł tak namieszał, że już nawet miejscowi nie są jednomyślni, czy pobliskie wzniesienie nazywa się Diabla, czy Czarcia Góra. W każdym razie oficjalnie przy leśniczówce na Diablej Górze znajduje się stacja monitoringu należąca do Instytutu Ochrony Środowiska. Powstała ona jako pierwsza tego typu placówka w Polsce już pod koniec lat 70., a jej zadaniem jest prowadzenie pomiarów zanieczyszczenia powietrza. To właśnie temu służą tajemnicze "antenki" stojące w ogródku niedaleko leśniczówki. Tak naprawdę są to sensory nafaszerowane elektroniką. Nic dziwnego, dzięki korzystnym wiatrom i położeniu powietrze tutaj jest najczystsze w kraju. W odniesieniu do otrzymanych tutaj wartości bada się poziom zanieczyszczeń w innych regionach. Według opiekującego się stacją pracownika, jeśli przyjąć, że stężenie dwutlenku węgla na Diablej Górze wynosi 1, to w Katowicach jest to 100. Warto więc nawdychać się najczystszego w Polsce powietrza.



Bunkry i kajaki

Najpierw okolice Kruklanek zamieszkiwało pruskie plemię Galindów. W połowie XVI wieku osiedlały się tutaj rodziny ze Śląska, Mazowsza, Niemiec i Litwy. Świadkiem tamtych wydarzeń jest miejscowy kościół, który mimo wielu pożarów zachował swój pierwotny gotycko-barokowy styl. Jeden z miejscowych proboszczów Jan Jakub Stern był gorącym orędownikiem polskości i bliskim współpracownikiem Gustawa Gizewiusza.

Do dziś podobno w gminie pozostał jeden Mazur. Reszta musiała opuścić domy po II wojnie światowej. Większość dzisiejszych mieszkańców to osadnicy z centrum kraju i przesiedleni w ramach akcji "Wisła". Ci ostatni od kilku lat w pierwszą sobotę lipca hucznie świętują Nicz na Iwana Kupała, czyli prawosławną Noc Świętojańską. Obrządek ten jest pełen tajemniczych symboli związanych z paleniem ognia i wypływaniem łodziami na jezioro Gołdopiwo. Wydarzenie gromadzi na gminnej plaży nawet kilka tysięcy gości. Oj, dzieje się wtedy do białego rana.

Tuż za Kruklankami wzdłuż rzeczki Sapiny polna ścieżka prowadzi do zwalonego mostu. Kiedyś biegła nim linia kolejki wąskotorowej do Olecka. Sam most wybudowano w 1908 roku i na Mazurach swoją wielkością ustępował jedynie słynnym wiaduktom w Stańczykach. Drugą wojnę światową przetrwał bez większego uszczerbku, ale gdy wojska radzieckie rozpoczęły grabieże okolicznych terenów, mieszkańcy we wrześniu 1945 roku wysadzili most w powietrze. Do tej pory pozostały zniszczone betonowe przęsła, a brzegi rzeczki łączy drewniana kładka. Jak zdradził wójt Kruklanek, w przyszłości na dawnym nasypie ma być wybudowana ścieżka rowerowa "do żubrów".

Jeśli uważnie rozejrzymy się dookoła, zobaczymy wystające z ziemi tu i ówdzie żelbetowe bunkry z pustymi oczodołami stanowisk strzelniczych. Okoliczne wzgórza są dosłownie nafaszerowane około 50 takimi schronami. To pozostałości Giżyckiego Rejonu Umocnionego. Do nich należały też kwatera Himmlera w pobliskim Pozezdrzu i słynna kwatera Hitlera w Gierłoży koło Kętrzyna.

Jak przystało na Mazury, miłośnicy wody też z pewnością w tym rejonie będą usatysfakcjonowani. Sapiną wypływającą z jeziora Gołdopiwo prowadzi na Wielkie Jeziora malowniczy szlak kajakowy.