Safari w Białowieży - dlaczego nie?

Przeciętny turysta ma raczej małe szanse, by zobaczyć w Puszczy Białowieskiej żubra, a przynajmniej legalnie. Cierpią na tym i żubry, i turyści.
Nie tak dawno wybrałem się na żubry z nadleśniczym Jerzym Dackiewiczem z Białowieskiego Parku Narodowego, który za nie odpowiada. Ja chciałem żubry sfotografować, on - policzyć. Połączyliśmy więc jedno z drugim, by zwierząt nie stresować. Zresztą byliśmy w zakątku, o którym mało kto wie. - To miejsce jest wyjątkowe. W innych ostojach żubry są bardzo nerwowe i na widok człowieka zmykają - wyjaśnił nadleśniczy.

A ja wyjaśniam czytelnikom, o co chodzi. Otóż w Puszczy jest przynajmniej kilka miejsc, w których zimą pracownicy Parku dokarmiają żubry. Tam najłatwiej je zobaczyć, a wiadomo, że ludzie przyjeżdżają do Puszczy właśnie dla nich (być tu i nie widzieć żubra to trochę tak, jak nie zobaczyć wieży Eiffla w Paryżu; co prawda można na nie popatrzeć w zagrodzie, ale to przecież nie to samo). Do zamkniętych ostoi, w których się je dokarmia, wchodzenie jest nielegalne, więc wędrują tam wycieczki z (mniej lub bardziej doświadczonymi) przewodnikami. Kto zna żubry, wie, że te wielkie zwierzaki bardzo łatwo spłoszyć. Wystarczy, że strzeli nam gałązka pod nogami albo zaskrzypi śnieg, i już całe stado zwiewa z olbrzymią prędkością. Nie jest to dobre dla żubrów - strażnicy powinni gonić amatorów takich wycieczek, a bardziej natrętnym po prostu wlepiać mandaty. Tylko że to wcale nie rozwiąże problemu. No bo przecież turysta powinien zobaczyć największą białowieską atrakcję! Co z tym zrobić?

Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wyszkolenie przez Park kilku profesjonalnych przewodników, którzy wiedzieliby, z iloma turystami mogą iść do żubrów, gdzie je podchodzić, a gdzie nie. Zwierzęta zyskałyby spokój, a turyści (legalną) atrakcję.

Można by też do olbrzymów podjeżdżać bryczką albo specjalnym samochodem. Tak się robi przecież z polarnymi niedźwiedziami w Zatoce Hudsona, z lwami, słoniami i żyrafami w Kenii i Tanzanii, z gorylami w Ugandzie. Wszyscy na tym zarabiają, ale robią to tak, by zwierzętom nie szkodzić. Rozwiązań jest mnóstwo i myślę, że turyści za takie eskapady chętnie by płacili, zwłaszcza gdyby wiedzieli, że ich pieniądze, przynajmniej częściowo, zostaną przeznaczone na ochronę żubrów. Skoro w Ugandzie można, to dlaczego nie w Białowieży?